wtorek, 12 marca 2019

01. You cut me open and I keep bleeding


Zima w tym roku zaskoczyła wszystkich.
Od wielu lat nie było śniegu, a tymczasem, gdy dziś otworzyła oczy i podbiegła do okna powitał ją sypiący się z nieba biały puch. Poczuła się jak dziecko, a świat od razu nabrał jeszcze więcej kolorów. Stała przy ogromnych oknach kiwając się w przód i tył z dłońmi splecionymi z tyłu. Dużymi, brązowymi oczami obserwowała spadające płatki śniegu. Wyglądała słodko i niewinnie, w białej, sięgającej kolan koszuli nocnej. Ciemne, skręcone i nieco roztrzepane włosy po nocy, opadały na jej plecy. Uśmiechnęła się delikatnie, kiedy usłyszała skrzypiące cichutko drzwi. Tak przeczuwała, że nie będzie tutaj całkiem sama. Nawet myślała, że pewnie tylko czekał, aż w końcu się przebudzi, aby do niej przyjść. Ostatnie miesiące były naprawdę zakręcone, a większości z nich nawet nie pamiętała. Jeśli już, były to ledwie przebłyski tego co się działo. Wiele złego, ale o tym wszystkim chciała zapomnieć. Bała się, że jeśli zacznie rozpamiętywać to, co jej robił będzie tylko gorzej. A przecież była szczęśliwa, zresztą nie tylko ona. Oboje byli, więc jaki był sens, aby niszczyć to co dobre? Nie ruszyła się ze swojego miejsca. Cierpliwie za to czekała, aż sam do niej podejdzie i obejmie ramionami. Może nawet zwróci uwagę, aby się nie bujała na piętach, bo chwila nieuwagi może doprowadzić do nieszczęścia. Sam jej zresztą nie raz udowodnił, że jest tylko słabym człowiekiem, którego bardzo łatwo skrzywdzić. Miała w głowie wydarzenia z czarnego okresu, którego nie lubił sobie ani jej przypominać. To był… zły czas. Bardzo zły. A teraz nie było przecież nawet śladu. Poza bliznami, o których na co dzień nie pamiętała. Wiedział też zresztą, jak sprawić, aby o nich nie myślała każdego dnia. Rzadko wspominała takie dni, nie było potrzeby robić tego na co dzień.
Delikatnie zadrżała, kiedy poczuła, jak jednak silne ramiona ją obejmują. Ułożyła swoje dłonie na jego przedramionach, a głowę spokojnie oparła o tors. Nawet lekko przymrużyła oczy i przez moment poczuła się jak w niebie. Była naprawdę zadowolona z tego, w jaki sposób potoczyło się jej życie. Pozwoliła sobie na milczenie, tak samo jak i jemu. Czy potrzebowali jakichkolwiek słów, aby się porozumieć? Znali się już chyba na tyle dobrze, że wcale ich nie potrzebowali. W szybie widziała jego odbicie. A zwłaszcza te niebieskie oczy, dla których była w stanie przepaść na dobre.
— Zadręczasz się — zauważył, a ton głosu miał nieco zmartwiony.
Uśmiechnęła się delikatnie, decydując na to, aby odwrócić w jego stronę. Założyła mu ręce na szyję.
— Czym kochany? — zapytała przekręcając nieco głowę na bok. — Mam wszystko, czego mogłabym chcieć. Naprawdę nie mam się czym martwić. Zwłaszcza teraz, kiedy wszystko jest dobrze.
— Oczy mówią coś innego, Fleur — uniósł brew spoglądając na nią w znaczący sposób, który oznaczał, że oczekuje od niej wyjaśnień. Już dawno się umówili, że nie ma prawa zaglądać jej do umysłu i sam wyciągać odpowiedzi. Nie mogła mieć stuprocentowej pewności, że tego nie robi, ale dopóki nie zaskakiwał ją jej własnymi myślami, których nigdy nie wypowiedziała na głos, nie miała się czego czepiać. — Martwisz się czymś? Coś zrobiłem nie tak?
Króciutko się roześmiała. Położyła mu obie dłonie na policzkach, a następnie wspięła na palcach, aby dosięgać chłodnych ust nieśmiertelnego. Złożyła na nich słodki pocałunek, nie pozwalając jednak mu na to, aby go odwzajemnił. Na to jeszcze przyjdzie czas.
— Wszystko jest dobrze, kochany — zapewniła — obiecuję.
Nie miał innej opcji i musiał jej uwierzyć, ale nie miał też większego powodu, aby twierdzić, iż jest inaczej. Była jego największą słabością i tego się najbardziej bał. Po raz pierwszy od wielu lat, jego martwe serce zabiło i poczuł w środku to dziwne ciepło, do którego nie był przyzwyczajony. Mężczyzna do tej pory nie mógł uwierzyć, skąd w niej tyle siły, miłości i wyrozumienia, aby wybaczyć mu każdy najmniejszy błąd. Wieczorami, czy nawet w ciągu dnia, kiedy sunął bladymi palcami po jej odsłoniętej skórze, gdy muskał ją wargami wyczuwał nierówności. Skóra na brzuchu nigdy nie będzie już gładka, a widniejąca na nim blizna już na zawsze pozostanie z Fleur. Na lewym biodrze trzy potrójne blizny. Zbyt głębokie, aby je na dobre usunąć i przypominające o tamtym wydarzeniu sprzed miesięcy. Pojawiające się wyrzuty sumienia, chęć ciągłego przepraszania i próby naprawienia tego, co było już nieodwracalne. Wiedział, że nie da mu się dotknąć i pozwolić, aby zajął się nimi. Twierdziła, że to blizny kształtują człowieka i że to dzięki nim, jest tym, kim jest. Była taka dzielna, mądra i przede wszystkim była jego, a nic innego się przecież nie liczyło. Kreowali wspólną przyszłość, starając się zapomnieć o tragicznych początkach ich znajomości i tym, jak bardzo to on ją skrzywdził. Za każdym jednak razem, gdy patrzył na tą drobną kobietę, na jej duże brązowe oczy, porcelanową cerę i słodki uśmiech wiedział, że to ona będzie jego końcem. Że to nie on tak naprawdę ją najbardziej skrzywdzi, ale ona jego. Przeczuwał to każdego dnia, gdy uparcie odmawiała mu przemiany, jak twierdziła, że jeszcze mają czas i przecież to nic złego, jeśli poczekają. Wiedział, że wciąż jest młoda i być może chciała nacieszyć się jeszcze ludzkim życiem, tym wszystkim co ją ominie, gdy zgodzi się, aby przyjąć jego krew. Oboje bali się przemiany. Zdawał sobie sprawę, jak bardzo bolesny jest to proces i nie był pewien, czy potrafiłby wytrzymać kilka dni wiedząc, że ta krucha, niewielka istota wije się z bólu, umiera powoli w męczarniach, a całe jej ciało płonie żywym ogniem. Z drugiej strony był jednak na tyle samolubny, aby ją na to skazać. Byle tylko nie zostawiła go samego, bo to, zniszczy go doszczętnie.
Wyswobodziła się z jego ramion.  
Założyła na siebie jasnoróżowy szlafrok i uśmiechnęła niewinnie w stronę mężczyzny. Była bardziej niż szczęśliwa. Nawet nie sądziła, że będąc tutaj będzie w stanie zaznać szczęścia. Tym razem teraz, za każdym razem, gdy widziała jego twarz wieczorem czy rano czuła się… ciężko było jej to opisać. Alexander sprawiał, że była szczęśliwa. To słowa, których nie spodziewała się wypowiedzieć. Przeszli przez tak wiele. Ona przeszła przez tyle złego, ale teraz wiedziała, że ludzie nigdy nie będą w stanie poznać ich historii ani zrozumieć co tak naprawdę ich połączyło. Nie oczekiwała też, że zaczną nagle oboje wszystkim opowiadać, jak doszło do tego, że znaleźli wspólny język. Najważniejsze było to, że byli ze sobą szczęśliwi, a to co mówiła cała reszta, co myślał Anthony czy Florence nie miało najmniejszego znaczenia.
— Jeśli nie przestaniesz się zadręczać, to stąd wyjdę — zagroziła — i wcale nie mam na myśli tylko tego pokoju. Bierzesz za bardzo do siebie to wszystko, Al.
Drgnął lekko, kiedy usłyszał to określenie. W ułamku sekundy znalazł się przy drobnej kobiecie, a dłonie ułożył na jej biodrach. Stanowczym ruchem przyciągnął ją do siebie, a ich usta złączył w pocałunku. Być może powinna się tego spodziewać, ale i tak ją zaskoczył. Odwzajemniła pieszczotę z kilkusekundowym opóźnieniem. Zarzuciła ręce na szyję bardziej do niego przylegając. Przez jej ciało przeszedł dreszcz, kiedy przygryzł jej wargę, a palce mocniej wbiły się w biodra. Wcześniej jeszcze by się tego bała, a teraz te ruchy tylko sprawiały, że była bardziej podniecona i nie mogła się wręcz doczekać co nastąpi dalej.
— Mówiłem ci, żebyś mnie tak nie nazywała.
— Jak? Al? — zapytała, a pytaniu towarzyszył słodki, niewinny śmiech. Jej głos od zawsze był melodią dla jego uszu, a śmiech utwierdzał w przekonaniu, że nie jest jednak skończonym potworem, za jakiego wszyscy go mieli. — Tylko ja tak do ciebie mówię, Al.
— I tylko tobie jednej pozwalam — wymruczał. Zaciągnął się jej zapachem, automatycznie wysuwając kły, którymi przesunął po delikatnej skórze szyi. Poczuł pulsowanie pod kłami, a te zaczęły natychmiastowo swędzieć, kiedy dotarł do niego zapach krwi. Świeżej, ciepłej i na wyciągnięcie ręki. Nawet nie zauważył, kiedy Fleur sama z siebie przechyliła delikatnie głowę, a dłonią naciskała na jego. Nie potrzebował większej zachęty, aby wtopić kły w jej jasną skórę. Strużka krwi spłynęła po ciele brunetki. Jęknęła cicho, wszczepiając palce w jego włosy, za które delikatnie pociągnęła. Trzymał ją w swoich ramionach, lekko kołysząc. Dopiero, kiedy poczuł jak osuwa się w nich, tracąc siły przerwał.
— Kochanie? Fleur, skarbie…
— Wszystko w porządku — zapewniła z nieco niepewnym uśmiechem. Kręciło się jej w głowie, czuła pulsowanie w całym ciele, a krew nadal się sączyła z niewielkiej rany. Dotknęła dłonią dwóch dziurek. Nie powinna, ale nieco się zaskoczyła, gdy na koniuszkach palców pojawiły się ślady krwi. Wydawało się jej to tak nierzeczywiste, nieprawdopodobne i była pewna, że to tylko sen. — Nie wyczułeś nic…?
— Co? Co wyczułem, Fleur? Martwisz się, co się dzieje?
Był uroczy, kiedy się martwił. Już po raz kolejny tego ranka pokazał, że nie jest mu obojętna. Oczywiście wiedziała o tym już znacznie wcześniej, ale teraz to miało dla niej nawet większe znaczenie. Obawiała się, aby mu to wyznać. Zastanawiała się czy to w ogóle powinno mieć miejsce. Niby minęło już wiele czasu, a od dawna było między nimi bardzo dobrze i Fleur nie wyobrażała już sobie życia bez Alexandra u swojego boku, a mimo to miała wrażenie, że niedługo wszystko się posypie i zostanie z tym sama. Na to na pewno nie była gotowa, ani też nie chciała myśleć, co by było, gdyby faktycznie ją zostawił. Przerażała ją ta myśl, ale teraz, gdy sama była w stanie wyczuć różnicę, to tym bardziej on za kilka dni dowie się sam. Nie mogła przecież na to pozwolić. Planowała już jakiś czas, jak mu to powie. Jakich słów powinna użyczyć i czy byłoby lepiej, gdyby urządziła dla nich elegancką kolację. Teraz było stanowczo zbyt wcześnie na takie wyzwania, ale z drugiej strony nie była pewna czy kiedykolwiek będzie dobry czas. Fleur ujęła jego dłoń mocno ściskając.
Ciągle myślała, jak powinna mu powiedzieć. Oczywiście wiedziała, że to jest możliwe, jak najbardziej możliwe i prawdopodobne. Bała się powiedzieć prawdę, bo przecież wiedziała co się może później stać. Wiele razy obmyślała wszystkie za i przeciw w tej sprawie, ale prawda była taka, że nie miała pojęcia, jak ta cała sytuacja się rozwinie dalej. Byli we dwoje, byli szczęśliwy i wydawało się, że nic nie będzie mogło im stanąć już na drodze. Fleur była jednocześnie szczęśliwa i przerażona; obawiała się tego, jak może wyglądać dalej ich przyszłość.
— Alexandrze — zaczęła podnosząc głowę, aby mogła spojrzeć mu w oczy. Te jasnoniebieskie oczy, które teraz patrzyły na nią ze zmartwieniem. Zupełnie, jakby obawiał się, że to on coś zrobił. Od samego początku miał rację i wiedział doskonale, że się zadręczała. Robiła to przez ostatnie kilka dni, od czasu, jak się dowiedziała. Chciała jakoś się do tego przygotować, ale wiedziała doskonale, że nie będzie potrafiła tego zrobić. — Kochany, nie zrobiłeś niczego złego. Ja… tu chodzi o mnie.
Tym razem to on się odsunął. Nie podobało mu się, w jakim kierunku zmierza ta rozmowa. W głowie nagle pojawiło się o wiele więcej myśli niż powinno. Nie był wystarczająco dobry, nie wybaczyła mu i jednak miała go za potwora. To by wyjaśniało czemu nagle nie ma ochoty na to, aby spędzać z nim czas. Te ostatnie kilka dni spędzili niemal w odosobnieniu. Teraz wszystko układało się w jasną całość.
Jakby Fleur potrafiła czytać w myślach, już dawno wybiłaby mu ten durny pomysł z głowy. Po wyrazie jego twarzy i ruchu ciała wywnioskowała o wiele więcej niż przypuszczała. Powinna się spodziewać takiej reakcji i tego, że najpewniej osoba, na której zależało jej najbardziej będzie panikować. Takie początki rozmów zawsze kończyły się źle, a teraz miała doskonały dowód, że tak właśnie było. Powinna jednak inaczej się do tego zabrać, a teraz rzuciła go na głęboką wodę z myślą, że zrobił coś źle. Od wielu miesięcy już starała się go przekonać, że między nimi jest dobrze, a ona sama zapomniała o wyrządzonych krzywdach. Nawet jeśli jeszcze czasami do niej powracały w postaci koszmarów to nie miała mu tego za złe. Znalazła w sobie tyle siły, aby zrozumieć skąd brała się w nim ta chęć górowania nad wszystkimi, posiadania władzy. Pokochała go swoim całym ludzkim sercem i nie była w stanie przestać. Wiele słyszała, że byłoby lepiej, gdyby go zostawiła i wróciła do swojego poprzedniego życia, ale już wiedziała, że nie potrafiłaby tego zrobić. Myślała o tym wiele razy jeszcze zanim sprawy między nimi się ułożyły, ale teraz Fleur była bardziej niż pewna tego, że jest z nim szczęśliwa i musieliby wyciągać ją siłą z tego domu. Ujęła jego dłoń i poprowadziła do łóżka. Dla nich obojga będzie lepiej, jeśli przy tej rozmowie będą siedzieć.
— Och, kochany — zaczęła głaszcząc wierzch jego dłoni, którą ułożyła na własnym udzie. Miało to uspokoić ich oboje. Zawsze tak robiła, gdy po prostu odpoczywali bądź po prostu siedzieli we dwoje wieczorami.
Alexander czuł się coraz gorzej. Mógł wyjąć z niej informacje. Wystarczyło, że zerknąłby do jej umysłu, ale obiecywał tyle razy, że tego nie zrobi i teraz resztkami sił powstrzymywał się, aby tego nie zrobić.
— Martwisz mnie, Fleur. Martwisz i nie podoba mi się, w jakim kierunku idzie ta historia — powiedział szczerze i zabierając również dłoń. Zabolało ją to. — Powiedz mi co się dzieje, bo inaczej zwariuję.
Milczała przez kilka następnych chwil. Bardzo się martwiła, jak mężczyzna zareaguje, gdy w końcu wyjawi mu prawdę. Zdecydowanie powinna się inaczej do tego zabrać, ale teraz nie było już odwrotu i po prostu wiedziała, że musi mu powiedzieć.
Słowa, które wypadły z jej ust w ciągu następnych kilku minut były ciche i niemalże niesłyszalne. Dla każdego człowieka to byłby po prostu cichy, niezrozumiały bełkot, który musiałaby powtórzyć. Jednak dl Alexandra te słowa były głośne i wyraźne.
— Coś ty powiedziała?
Przełknęła ślinę i drgnęła. Bała się tego. Czekała tylko, aż jej powie, że powinna wyjść i nie wracać, bo nie jest to jego sprawa. Słyszała już w głowie te słowa. Oczami wyobraźni widziała, jak pakuje swoje rzeczy. Nie miała nawet, gdzie się podziać. Co miałaby zrobić w tej sytuacji?
— Jestem w ciąży — powtórzyła przełykając ślinę i łzy jednocześnie. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że płakała przez ten cały czas.
Cisza między nimi była długa, krępująca. Fleur obawiała się, że teraz, gdy powiedziała mu prawdę to wszystko między nimi zostanie zniszczone i nigdy więcej nie będzie tak, jak było w ostatnich miesiącach. Żadne z nich nawet nie myślało, że tak mogłoby się stać. Fleur była po prostu pewna, że ona należy do tej części ludzi, którzy są odporni albo nie są w stanie, a jednak okazało się, że jest to jak najbardziej możliwe.
— Powiedz coś, błagam.
Milczenie było dobijające. Przerażało ją i nie potrafiła nic więcej z siebie wykrztusić. Coraz bardziej chciała uciec, schować się i najlepiej cofnąć czas, aby wcale mu o tym nie mówić. Usłyszała, jak bierze głęboki wdech, a następnie podnosi się z łóżka. Nie było go stać już na nic więcej? Mogła liczyć tylko na taką reakcję i nic więcej? Może nie zasłużyła na nic więcej. W końcu żadne z nich się nie prosiło o to, a na pewno Alexander nie pragnął tego, aby tworzyli szczęśliwą i uśmiechniętą rodzinkę. Nawet nie była pewna czy kiedykolwiek uda im się tak naprawdę być razem. Było dobrze, cieszyli się swoim towarzystwem, ale tak naprawdę zawsze istniała opcja, że jednak im się nie uda.
— Jak długo wiesz?
Zadane przez niego pytanie było zupełnie pozbawione jakichkolwiek emocji. Zupełnie, jakby wcale nie przejmował się tym, co właśnie mu powiedziała i chciał tylko dowiedzieć się tych paru informacji, a później puścić ją z torbami. Odpowiedziała z trudem i zgodnie z prawdą, że wie od kilku dni. Nie zapytał się o nic więcej, tylko podszedł do okna i oparł dłoń o szybę. Widziała tylko jego plecy.
— Przepraszam — szepnęła chowając twarz w dłoniach. To wszystko to była przecież jej wina. Wiedziała przecież, że tak naprawdę nie będzie w stanie zrobić nic więcej zrobić. Nie płakała jednak. Nie potrafiła sobie pozwolić na tą słabość. — Alex, co mam zrobić?
To chyba było oczywiste, że problem był jej. Przynajmniej tak sądziła, teraz gdy nie wykazywał żadnego zainteresowania jej osobą. Fleur czuła się zupełnie niepotrzebna, zapomniana. Jeszcze kilka minut temu było cudownie, a teraz chciała, aby to wszystko się skończyło i nie mogła się doczekać aż do tego dojdzie. Ta cisza i brak zainteresowania ją zabijały.
On tak naprawdę sam nie wiedział co ma zrobić. Ta informacja spadła na niego zbyt gwałtownie i nawet nie myślał, że do tego kiedykolwiek może dojść. On? Ojcem? To się nie mieściło w głowie ani też nie było prawdopodobne. Zupełnie nie nadawał się do tej roli ani nie potrafił wyobrazić sobie tego, że mieliby być szczęśliwą rodziną. To było po prostu… to nie powinno mieć miejsca.
— Nic. Nie rób nic.
I z tymi słowami wyszedł, zostawiając ją samą.


Witajcie! Jest to nieco inny rozdział niż zwykle, bo rozdział specjalny! Nie sądziłam, że kiedykolwiek dojdzie do tego, że na blogu pojawi się rozdział inny niż te, które publikowałam dotychczas. Zdecydowałam się go napisać, bo to już trzecia rocznica Beauty and The Beast. Sama jestem w szoku, że to minęło już tyle czasu. Wiele się wydarzyło oraz pozmieniało. I nie byłoby mnie tu, gdyby nie Wy. Jestem wdzięczna każdemu kto się tu pojawił i zostawił jakiś komentarz, gwiazdkę (dla użytkowników Wattpada) bądź czyta sobie po cichu bez komentowania i oceniania. Jesteście niezastąpieni, a ja nie mogę się doczekać tego, co przyniesie nam kolejny wspaniały rok. Prawidłowy rozdział już wkrótce się pojawi, obiecuję! Tymczasem raz jeszcze wszystkim serdecznie dziękuję, że tu jesteście i do usłyszenia!