poniedziałek, 5 listopada 2018

Rozdział trzydziesty pierwszy

Alexander 

Uczestniczenie w tym wydarzeniu zawsze było interesujące. Rzeź, która rozpoczynała całą ceremonię była chyba ulubioną częścią nieśmiertelnego. Żałował, za każdym razem, że to nie jest katem dla ofiar. Mimo to spoglądanie jak umierają, czasem wolno, a czasem szybko, było zawsze satysfakcjonujące. Nie mogło się jednak w żaden sposób równać z tym, co działo się w podziemiach. To tutaj najgorsze osobniki jego rasy poddawali się rozkoszy jaką było zadawanie bólu innym. Czerpali z tego radość, trudną do opisania momentami. Ludzie, wampiry i półwampiry. Każdy kto w jakiś sposób zawinił, zawsze kończył tutaj. Devile zawsze głównie chodził i jedynie obserwował, a rzadko kiedy brał czynny udział w zabijaniu. Tę rozrywkę zapewniał sobie sam w domu, a za zamkniętymi drzwiami mógł się poddać najgorszym, najohydniejszym czynom, które tylko przyszły mu do głowy. Teraz czerpał dziką satysfakcję z przerażenia Anabelle. Siedział w jej umyśle na tyle głęboko, aby czuć wszystko co młoda kobieta. Wiedział doskonale, że jest zbyt dobra, aby się tutaj znajdować i zbyt niewinna. W końcu jakby nie patrzeć to właśnie on odebrał jej tak naprawdę wszystko najcenniejsze co miała. Zaczynając od niewinności, a na godności kończąc. I choć odebrał ją jako dorosłą, wkraczającą w życie kobietę, to trzymana w klatce przez rodziców, nigdy nie była w stanie doświadczyć tego co większość jej rówieśników. Dziś dawała mu jednak o wiele więcej zadowolenia, niż przez ostatni rok jak u niego się znajdowała. Uczucia, które nią targały w żaden sposób nie mogły się równać z tym, co czuła kiedy była u niego. Być może do domowych tortur zdążyła się już przyzwyczaić, a to co działo się tutaj, było przecież nowością.
Kroczyli przez miejsce śmierci. Nie skupiał się na tym co go otaczało, a na drobnej brunetce. To ona w tej chwili była dla niego najważniejsza. Jej odczucia, którymi się karmił niczym wygłodniały wilk po wielu dniach głodu. Z każdym krokiem był coraz bardziej syty, a wiedział, że to, to dopiero początek tego co jest na dzisiejszy wieczór zaplanowane. Przypięci łańcuchami do ścian ludzie, ich wrzaski, rzucanie wyzwisk w stronę innych, zupełnie nie robiły na nim żadnego wrażenia.
— Andrew.
Cichy szept wyrwał go z zamyślenia. Wzrok od razu skierował w stronę brunetki, a ta nie dość że przestała iść to z wymalowanym przerażeniem na twarzy wpatrywała się w jednego z przypiętych do ściany chłopaków. Nie mógł być starszy od dziewczyny. Ciężko było tak naprawdę stwierdzić, jego twarz pokrywał brud. Ciemne włosy sięgały niemal ramion, przetłuszczone i zakrywające twarz, dopiero kiedy jego wzrok padł na lewę ramię i tatuaż, niewielki krzyż, Alexander zrozumiał kim chłopak jest. Zaintrygowało go jednak to, że Anabelle go znała. Z łatwością przecież mógł się dowiedzieć kim jest. Wystarczyło zagłębić się w jej myśli, a nie tylko emocje. Postanowił jednak nie psuć sobie zabawy, a zobaczyć jak rozwinie się cała sytuacja. Bez słowa pozwolił jej od siebie odejść. Musiała zdawać sobie sprawę z tego, że gdyby próbowałaby czegokolwiek, to nie miałaby tak łatwo. Nieśmiertelny postanowił się wycofać, stać z boku i przyglądać się sytuacji.
Natomiast Anabelle nie ruszyła się ze swojego miejsca nawet na krok. Wpatrywała się z niedowierzaniem w młodego mężczyznę. Tego samego młodego mężczyznę, którego lata temu obserwował na szkolnym boisku. Andrew Campbell, obiekt nastoletnich westchnięć. To z nim wyobrażała sobie przecież wspólną przeszłość, ona i dwie koleżanki, tak jak to dzieci. Ciężko było jej uwierzyć, że znajduje się w takim miejscu. I dlaczego akurat on?
Z tyłu głowy wciąż miała obietnicę, którą mu złożyła. Miała nie okazywać słabości, miała być niewidoczna dla innych, ale jak miała to zrobić, kiedy spotkała osobę, która lata temu była jej bliska? Nawet jeśli, najprawdopodobniej, on sam nie miał pojęcia o jej istnieniu. Nie potrafiła tak po prostu zignorować mężczyzny i tego, że się tutaj znajdował. Musiało się stać coś strasznego. Nie zamykali tu ludzi bez powodu, wiedziała o tym. Młoda kobieta zrobiła kilka kroków do przodu. Bała się tego, co może się wydarzyć, jednak coś nakazywało jej to zrobić. Nie zawsze była przecież najważniejsza, nie zawsze wszystko musiało być o niej. O wiele łatwiej było ignorować ludzi, których nie znała, choć i to bolało. Ale pojawił się Andrew, a on… nawet nie wiedziała kim tak naprawdę dla niej był, ale nie umiała zwyczajnie go zignorować i przejść dalej. Musiała się zatrzymać. Musiała coś zrobić. Zdawała sobie sprawę, że Alexander gdzieś tu wciąż jest, jednak to nie miało teraz znaczenia. Dopóki nie czuła na sobie jego długich placów, mocnego uścisku, to nie było ważne. Nie miało też znaczenia co stanie się w domu. Nawet gdyby ją zabił, wyrządziłby jej tylko przysługę.
Spojrzenie Anabelle i młodego chłopaka w końcu się spotkały. Wyglądał na wyczerpanego, opadniętego z sił i gdyby nie łańcuchy, którymi był przypięty z pewnością opadłby bezwładnie na ziemię. Dopiero po chwili zauważyła wyryty w ścianie napis, jego imię, a pod spodem rząd cyfr, które po chwili okazały się być indywidualnym numerem każdego więzionego tutaj człowieka.
— Andrew — powtórzyła zbliżając się do niego. Chłopak drgnął podrywając głowę do góry, w jego oczach można było dostrzec czystą wściekłość. Wydawał się zupełnie nie rozpoznawać kim Anabelle jest, a może? Minęło przecież tyle lat. Mało kto pamiętał starych znajomych ze szkoły, a co dopiero mówić w ich świecie, gdzie niemal każdego dnia walczono o przeżycie. Nie byłaby zdziwiona, gdyby nie wiedział kim jest. Musiała przecież jednak mimo wszystko spróbować. Dowiedzieć się czemu się tutaj znalazł i jak może mu pomóc. Nie mogła przecież tak po prostu go zostawić. Choć pewnie powinna, bo co ona sama zrobi? Jak tylko opuści do miejsce wróci z powrotem do rezydencji Devile, a stamtąd nie było przecież ucieczki. Raz się jej udało, choć co z tego skoro trwało to tylko chwilę?
— Suka. Zdradliwa suka.
Zdębiała na te oskarżenia. Oczywiście, nie oczekiwała rzucenia się w ramiona, ani niczego podobnego. Jednak to były ostre słowa, a na te sobie zupełnie nie zasłużyła.
— Co? Ja nie.. Andrew, to ja, Anabelle. Pamiętasz…? Chodziliśmy…
— Do jednej szkoły, a teraz pieprzysz się z wampirem — dokończył za nią, następnie spluwając jej pod nogi — zdradliwa, suko. Myślisz, że nie wiemy? Wszyscy wiedzą, że rozkładasz nogi przed krwiopijcą.
Zadrżała. Wiedzieli. Pytaniem było skąd mieli te informacje i czemu nimi w ogóle dysponowali. Nie miała się czego wstydzić, a na pewno nie chciała się wstydzić tego, że jest zabawką wampira. Osoby silniejszej od niej. Takiej, która może nie tylko kontrolować jej umysł, ale także i ciało. Mimo to skądś wiedzieli, że mieszka u wampira.
— Przez takich jak ty, jesteśmy poniżani. To co, podoba ci się freak show? Zabawnie się patrzy jak nas wybijają krok po kroku? Może sama bierzesz w tym udział, co? Z pewnością nie możesz się doczekać, aż będziesz kpić nad cudzym ciałem z tego jakim idiotą jest, zgadza się? No dalej, Anabelle. Przyznaj się — warknął mrużąc oczy, nie spuszczając jednocześnie wzroku z kobiety. Uniósł dumnie głowę, czując jak ma nad nią władzę. Mógł być przypięty do łańcuchów, ale mimo to nie stanowiło to przeszkody, aby być ponad nią. — Twoi rodzice się pochwalili. Sprzedałaś się jak zwykła dziwka. Ale co się dziwić, zawsze cię ciągnęło do wampirów, nie? Nigdy nie byłaś normalna, a teraz puszczasz się z krwiopijcą.
— Nic nie wiesz — szepnęła cicho i bardziej do siebie — wy nic nie wiecie.
— To nas oświeć! Dalej, Ano, powiedz jaka jest prawda! Czy nie sprzedałaś się niczym zwykła kurwa, za pół miliona funtów? Tyle uważasz, że jesteś warta? Nie dałbym za ciebie ani pensa.
Następne wydarzenia działy się zbyt szybko. Andrew wyrwał się do przodu, a łańcuchy okazały się być o wiele dłuższe, niż wydawały się być z początku. Z łatwością dopadł do Anabelle obieca dłońmi łapiąc ją za gardło. Biała sukienka w zetknięciu z brudnym ciałem mężczyzny od razu się zabrudziła, jednak to w tej chwili nie było ważne. Powietrza zaczęło jej braknąć nagle, szarpnęła się, ale nawet wychudzony chłopak miał więcej siły, niż ona. Nikt nie ruszył jej z pomocą, głupio oczekiwała, że to zrobi Alexander, ale nie było go w pobliżu. A na pewno nie wyczuwała nigdzie jego obecności. Nie pozwoliłby, żeby stało się jej coś złego. Nie chciałby, aby jego własność była poszkodowana, prawda? Spróbowała się jeszcze raz wyszarpnąć. W oczach Andrew widziała jedynie obłęd, obłęd zmieszany z wściekłością.
Zaciskał mocno palce na jej szyi. Wyglądał na głodzonego, jakby przez naprawdę wiele dni nie miał nic w ustach, a jednak okazało się, że ma w sobie dość siły. Anabelle nigdy nie należała do silnych kobiet, a po miesiącach spędzonych na torturach u nieśmiertelnego, nie było nawet szans, aby mówić o tym, aby mogła się w jakikolwiek sposób bronić. Jej twarz powoli przybierała siny kolor. Ale nie bała się śmierci. W naiwny sposób na nią czekała, powitałaby ją z otwartymi ramionami. Wszystko było lepsze, ale nawet teraz, kiedy tak bardzo jej pragnęła, to nie był jej czas.
Alexander pojawił się między dwójką w ostatniej chwili. Wystarczająco długo przyglądał się temu przedstawieniu. Przez chwile może i czuł pewne zadowolenie, jednak gdy uświadomił sobie, że to ktoś inny położył dłonie na jego Anabelle, nie mógł tak po prostu pozwolić na to, aby chłopak doprowadził ją do śmierci. Jeśli ona miała kiedykolwiek umrzeć, to tylko na jego warunkach.
Role się odwróciły. Nieśmiertelny zaciskał palce na gardle Andrew, spoglądając prosto w oczy. Niczego bardziej nie chciał jak tego, aby to on był ostatnim co widzi przed śmiercią. W tle oczywiście słyszał jak Anabelle nabiera gwałtownie powietrza, jak próbuje się uspokoić. Cały cholerny wieczór został im zepsuty. Powinien był przewidzieć, że może do tego dojść. Jak tylko zaczęła z nim rozmawiać, powinien zdecydować się na to, aby odciągnąć jak najszybciej. Nie dopuścił jednak do tego, pozwolił jej na to, aby zbliżyła się do buntownika. I co z tego miał? Cała uwaga skupiła się na nim, choć nie powinna. Dziś chciał już być niewidoczny na reszty świata, a tymczasem się okazało, że znów wszyscy będą o nim mówić.
— Popełniłeś poważny błąd, chłopcze — oznajmił ze spokojem. Całą złość, która w nim buzowała można było dostrzec w oczach. Głos miał opanowany, oddech również. A gdyby nie zaciskająca się na szyi chłopaka dłoń, można byłoby uznać ze spokojem, że właśnie opowiada o pogodzie na przyszły tydzień. — Kilka błędów, dokładniej. Warto było? Zniszczyłeś życie sobie, rodzinie i tylko po to, aby wybić kilka wampirów. Sądziłeś, że te wasze szkolenia na używanie kołka coś wam dadzą? Myślałeś, że naprawdę wystarczy tylko wbić go prosto w serce, aby mieć spokój z wampirami? Aż tak naiwny jesteś?
— Zdechniecie wszyscy — wydusił z siebie z trudem, nie tracąc przy tym bycia upartym. Był przygotowany na śmierć. Wolał umrzeć, niż zdradzić swoją rasę. Na swój sposób Alexander to cenił, choć jak widać to on był tym, który tak naprawdę zdradza wszystkich i wszystko, ale czy to było ważne? — Są nas setki. Rośniemy w siłę i w końcu was powybijamy. Co do ostatniej sztuki.
Rozluźnił uścisk, aby umożliwić mu dalszą rozmowę. Czuł na sobie wzrok wszystkich zgromadzonych. Teraz już mu to jednak nie przeszkadzało, im więcej miał świadków tym lepiej. Oczywiście w każdej sekundzie mógł wyrwać serce, skręcić kark, udusić – możliwości było wiele, nikt nie miałby za złe gdyby po prostu podszedł do byle kogo i zabił, po to przecież tu byli. Alexander jednak uznał, że śmierć na chwilę obecną byłaby zbyt łagodną karą.
— Tak uważasz? Sądzisz, że taka miernota może równać się z wampirami? Nie masz pojęcia do czego jesteśmy zdolni, co potrafimy. I być może trzeba ci o tym przypomnieć.
Odetchnął go od siebie. Na kilka sekund odwrócił się, aby spojrzeć na Anabelle. Wolał w tym zamieszaniu jej nie stracić z oczu, a wiedział, ze jest zdolna do tego, aby w każdej chwili uciec, gdyby uznała, że moment jest na to idealny. Stała niecałe dwa metry dalej, trzęsąc się i przykładając dłoń do gardła. Dobrze, była zbyt roztrzęsiona aby myśleć choćby o ucieczce.
Na nowo skupił uwagę na swoim nowym przyjacielu.
— Odpiąć go. — Rozkazał. Nikt nie sprzeciwił się rozkazującemu tonowi głosu, zaledwie chwilę po wydaniu rozkazu, ktoś pojawił się z kluczami. Już po kilku sekundach Andrew nie miał przypiętych łańcuchów i był wolnym człowiekiem. — Tchórz. Jesteś wolny, a mimo to wciąż tu stoisz.
— Ruszę się, a ty mnie zabijesz.
— Mądrze.
Zamierzał coś jeszcze powiedzieć, kiedy atmosfera całkiem się zmieniła. Alexander od razu wyczuł różnicę. Towarzyszące osoby się spięły, niektórzy się wycofywali. Miał jedynie ochotę przewrócić oczami. Nie trzeba było być geniuszem, aby dowiedzieć się, co takiego właśnie się wydarzyło. Stał bokiem do głównego wejścia. Nie przekręcił głowy, aby spojrzeć na swojego stwórcę. Erick miał cudowne wyczucie czasu i zawsze zjawiał się wtedy, kiedy nikt go nie potrzebował.
— Znów się bawisz, Alexandrze?  — zapytał ze stoickim spokojem, przechadzając się między gośćmi. — Nie nudzi ci się to, prawda? Tyle wieków minęło, a tobie nadal zabawy w głowie.
— A od kiedy zabawa jest zabroniona? Myślałem, że właśnie po to tu są. Aby się nimi bawić. Poza tym, zaatakował Anabelle. Miałem stać i się patrzeć?
— Z tego co wiem to właśnie to robiłeś.
Erick wolno podszedł do nieśmiertelnego i Andrew. Stali niecały metr od siebie, byli na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło, aby brunet zrobił jeden krok i miałby w garści chłopaka. Nie musiał nawet się szczególnie wysilać. To jednak nie było ważne. Swoją całą uwagę Devile skupił na Pierwszym. Ani trochę nie miał ochoty na jego towarzystwo, pogadanki i całą resztę. Zachowywał się jakby sam nigdy nie popełnił żadnej zbrodni, która była wbrew zasadom, jakie wymyślili. Jakby jako jedyny był święty.
— Jeśli chcesz, to to dokończ. Andrew Campbell nie znalazł się tu bez powodu, został na nim już wydany wyrok. Tak jak na każdej osobie, która się tu znajduje. Zagroził nam, walczył przeciwko nam i został schwytany, a także odpowiednia kara zostanie na nim wykonana. Ale skoro zaatakował twoją piękną towarzyszkę, to niech do ciebie należy ostatni ruch.
— Możesz uwierzyć, że właśnie do mnie będzie należał ostatni ruch — odpowiedział z pewnością w głosie, ale też z odrobiną kpiny. Nie potrafił najwyraźniej sobie jej darować, kiedy chodziło o rozmowy ze stwórcą. Nie miał dla niego ani odrobiny szacunku, ale o tym poza ich dwójką przecież nikt nie musiał wiedzieć.
— Najpierw jednak przeprosi.
— Tę kurwę? Nigdy — odparł. Splunął pod nogi obu mężczyzn. Obaj jednocześnie spojrzeli na miejsce, gdzie trafił śliną, a następnie na chłopaka i w oczach oboju pojawiła się ta sama irytacja.
— Nieładnie, Andrew — mruknął Erick kręcąc głową na boki — powinieneś się zastanowić nad doborem słów i czynów. Kolejny niewłaściwy krok i… cóż, powodzenia. Mam nadzieję, że mimo wszystko cię oszczędzi. Panie i panowie, nie ma na co patrzeć. No już, czeka nas masa innych niespodzianek i atrakcji
Już prawie odchodził. Zatrzymał się jednak, aby spojrzeć na Alexa.
— Nie napaskudź za bardzo.

Anabelle

Spoglądała na to wszystko z boku.
Choć minęło już kilka minut, nadal czuła jak palce Andrew zaciskają się na jej ciele. Momentami miała wrażenie jakby brakowało jej powietrza i jakby znów była duszona. Ten wieczór podobno miał być lepszy. Jednak szybko się przekonała, że katów ma w każdym. Alexander, jej rodzice i nawet stary znajomy z dawnych lat. Dawna sympatia, osoba, której nigdy nie zrobiła krzywdy. Czy naprawdę nie miała już w nikim tutaj oparcia? Trzymała się z boku, nie chciała być już na widoku. Nie chciała słuchać, ani oglądać tego co się miało tu wydarzyć. Alexander był wściekły, Andrew bardziej tylko go nakręcał i wiedziała, że w końcu dojdzie do prawdziwej tragedii. I to wszystko była jej wina. Jakby przeszła dalej, zignorowała Andrew i nie urządziła scen, nic takiego nie miałoby miejsca. O dziwo nie bolało jej to co usłyszała z jego ust. Wyrządził jej tylko krzywdę fizyczną, dotknął jej i nic poza tym. Wszystko co powiedział… to nie była prawda. Alexander ją złamał na wiele sposobów, robił z nią rzeczy o których inny ludzie nawet baliby się pomyśleć, jednak zawsze starała się myśleć, że to nie jest jej wina. Była dobrą córką, wiedziała o tym. Tu zwyciężyła jednak miłość do pieniądza.
Erick przegonił towarzystwo. Wszyscy tu obecni powrócili do przerwanych rozmów, znów zaczęli opowiadać i kpić z innych. Zupełnie jakby nic się tu nie wydarzyło. I pośród nich wszystkich, stała ona. Samotna, przerażona dziewczyna, która nie miała pojęcia co robić. Ruszyła się z miejsca dopiero, kiedy Erick ją zawołał.
— Podejdź do nas, słońce — poprosił wyciągając w jej stronę dłoń. Poczuła nagły przypływ ciepła, poczuła się bezpiecznie i bez wahania ujęła dłoń, gdy znalazła się wystarczająco blisko. — Powiedz mi, najdroższa, zrobił ci krzywdę?
Zanim odpowiedziała Pierwszy odgarnął jej włosy na bok, aby pokazać wyraźne i widoczne gołym okiem, nawet dla człowieka, ślady po duszeniu.
— Więcej dowodów chyba nie potrzeba — stwierdził. Musnął dłonią policzek dziewczyny. — Przyda ci się odrobina odpoczynku. Jestem pewien, że Florence chętnie cię odprowadzi. Zanim to, uznaliśmy, że to ty, powinnaś mu odebrać życie. Byłaś ostatnią, którą chciał zabić. Oko za oko, Anabelle. Życie za życie.
Miała… zabić? Stałaby się wtedy jednym z nich. Byłaby wtedy tak samo winna jak wszyscy, którzy byli tu przypięci do ścian. Nie chciała być potworem, nie chciała zrobić tego co robili tu wszyscy. Nie mogła tak po prostu się stać mordercą.
— Nie potrafię — odpowiedziała zgodnie z prawdą. Starając się, aby głos jej nie zadrżał. Było to jednak o wiele trudniejsze zadanie, a aktorką była marną. — Nie chcę tego robić.
— Tchórzliwa dziwka — warknął Andrew. Można było dostrzec na jego twarz kpiący uśmiech. Wyzywał ją, chciał aby to zrobiła. Miałby wtedy potwierdzenie swoich poprzednich słów. Zapierała się rękami i nogami, bo nie chciała tego robić. Nie chciała odbierać komuś życia, kiedy sama utraciła swoje. Wiedziała doskonale jak to jest, kiedy nie można nic zrobić jak jest się zależnym od kogoś. Sama kilka razy już otarła się o śmierć i nie życzyła tego nikomu, a Andrew nic jej nie zrobił. Znalazł się tylko w złym miejscu i o złym czasie. — Potrafisz się pieprzyć z wampirem, ale nie umiesz zabić człowieka?!
— Zamilcz.
Zaskoczyła się tym, że to z jej ust padło to słowo. Gniewnie wpatrywała się w chłopaka. Nawet nie poczuła, kiedy Erick wsunął jej do dłoni broń. Ów narzędziem okazał się być nóż myśliwski. Nie był szczególnie ciężki, jednak Anabelle bardzo szybko poczuła jego ciężar. Nie chodziło o sam fakt tego, że coś ważył. Niósł za sobą znacznie większy ciężar, niż tylko to, ale mimo to nie zawahała się. Mierzyła się na spojrzenia z Andrew. Do ostatniej chwili wyglądał na zupełnie nieprzejętego tym, że brunetka ściska w dłoni nóż. Może faktycznie z początku drżała jej ręka, nie była pewna tego co w ogóle robi i czy dobrze postępuje, ale szybko odrzuciła od siebie te myśli. Cokolwiek się miało dziać, trudno. Zdecydowała się na to, nie było odwrotu. Czekali na to, aż zada ostateczny cios. Wcale nie chciała się do tego przyznawać, ale ona również na to czekała.
Zbliżyła się do chłopaka powoli. Wręcz sunęła się po ziemi, a biała sukienka dodawała jedynie mroku. Była niewinna, nigdy nie zrobiła drugiej osobie krzywdy, a teraz podpuszczana przez dwójkę nieśmiertelnych, popychana przez własne zamotane myśli, nie wiedziała co robi. Nie wiedziała czy dobrze postępuje, ale nie myślała o tym. Nie zastanawiała się nad tym, że właśnie idzie zadać śmiertelny cios. Chciała tylko to zrobić, a konsekwencje zostawiła daleko za sobą.
Owinęła chude palce wokół rękojeści. Tym razem trzymała już pewnie i zdecydowanie.
— Nie dałeś mi wyboru, Andrew.
Jej głos był miękki. Szeptała przez cały czas to jedno zdanie niczym obłąkana. Może taka właśnie w tej chwili była, kiedy zbliżała się do niego z nożem w dłoni. Może właśnie uruchomiła się jej mroczna natura, której nigdy nie chciała znać.
Chłopak nie mógł już uciec. Obaj mężczyźni go przetrzymywali, choć wystarczył jeden z nich, kiedy Anabelle podchodziła. W końcu znalazła się wystarczająco blisko. Najpierw przesunęła dłonią po jego policzku. Wyczuła kilkudniowy, ostry i kłujący zarost. W oczach nadal była kpina, zupełnie jakby naprawdę nie obchodziło go to, że zamierza go zabić. Zamiast wbić mu ostrze w brzuch, wpierw wspięła się na palce. Wolną dłonią nadal dotykała jego policzka, przyglądała mu się i nieśmiało uśmiechała.
— Zawsze mi się podobałeś, wiesz? Ale to chyba koniec. Dla nas obojga — wymruczała uśmiechając i niewinnie muskając wargami jego usta.
To była ostatnia miła rzecz jaka go spotkała, zanim zatopiła nóż w ciele chłopaka. Krwiste krople aż zbyt wyraźnie odznaczały się na białej sukience. To nie okazało się być wystarczające. O ile to było możliwe, mocniej zacisnęła dłoń na broni i głębiej wbiła ostrze. Z ust Andrew wydał się jęk, a z kącika spłynęła strużka krwi. Na jej widok roześmiała się w uroczy, przerażający sposób i jak gdyby nigdy nic, końcówką języka zlizała krew.
— Zuch dziewczynka — wymruczał Alexander puszczając chłopaka. Ten zaś opadł na podłogę z nożem w ciele, otoczony trójką katów. 
Ehem... no tak, no to cześć! Zdaję sobie sprawę z tego, że rozdziału nie było całe wieki i nawet nie macie pojęcia jak mi wstyd. W ostatnim czasie pojawiła się masa nowych dla mnie rzeczy, z niektórymi nadal się oswajam i próbuję przestawić swój tryb życia, aby ogarniać ze wszystkim. No, ale dość o mnie! Rozdział jest i mam nadzieję, że tym razem będą się pojawiać nieco częściej, bo aż wstyd, ze tu dwa lata lecą, a rozdziałów taka garstka. ;)) Liczę, że was zaskoczyłam końcówką, bo sama jestem nią zaskoczona i nie sądziłam, że tak się to potoczy. Cóż, to na razie chyba tylko tyle i... do napisania?:)