środa, 20 marca 2019

Rozdział trzydziesty trzeci

Alexander 

Nie zaprotestował, kiedy Erick go wyprzedził i wyprowadził Anabelle.
Chwilowo było mu jednak obojętne z kim dziewczyna się znajdzie. Miał teraz na głowie znacznie poważniejsze problemy niż przeżywająca sytuację Anabelle. Wiedział, że dziewczyna jest podatna na różne sytuacje i to porządnie wyprowadziło ją z równowagi, ale nie był przecież jej opiekunem, aby się upewniać, że wszystko z nią dobrze. Nie zrobiła też czegoś nadzwyczajnego, a po prostu zabiła chłopaka, który w pełni sobie na to zasłużył. Był nieposłuszny, sprzeciwiał się i jeszcze ją w dodatku zaatakował. Jego śmierć była zwyczajnie kwestią czasu. Wiedział, że prędzej czy później w końcu do niej dojdzie, a akurat tak się złożyło, że pod ręką była brunetka. Nie mógł nie skorzystać z tej opcji, a obserwowanie, jak wpada w szał było wręcz czarujące. Nie była tylko przestraszoną dziewczynką, która była na każde jego skinienie. Skrywała pod masą warstw zupełnie inne wcielenie, a on sam nie mógł się już doczekać, aby te warstwy z niej częściowo zrywać.
Andrew jeszcze przez chwilę po wyjściu Anabelle wił się na podłodze walcząc o życie. Alexander spokojnie do niego podszedł spoglądając na jego twarz, która zdradzała przerażenie i ból. Kącik ust wampira lekko drgnął, gdy stawiał stopę na brzuchu. Dokładnie w miejscu, gdzie Anabelle wbiła raz po raz nóż. Ledwo krzyknął z bólu, a gdy spróbował się skulić blokował to wciąż brunet, który trzymał nogę na jego brzuchu. Wyglądał, jakby zupełnie nie przejmował się tym, że jego pantofle właśnie brudzą się krwią. To akurat było najmniej ważne. Przeczuwał zresztą, że to były już ostatnie chwile, które spędza w tym miejscu. Anabelle i jej strój już do niczego się nie nadawały, a i on sam stracił ochotę na zabawę. Mógł jednak jeszcze trochę się poznęcać, a przynajmniej, dopóki chłopak jeszcze dychał.
Zsunął stopę i kucnął.
— Nie jest mi ciebie szkoda — powiedział beznamiętnie — skończysz, dokładnie tak samo, jak reszta tych skończonych idiotów, którzy myślą, że mogą nas zniszczyć. Powiedzieć ci, co się stanie? Sam sobie zafundowałeś taki koniec, więc możesz podziękować tylko sobie samemu. Jak już w końcu umrzesz, powoli i bardzo się męcząc, przewiozą twoje ciało do centrum. Widziałeś pewnie nie raz publiczną egzekucję? Zostaniesz wystawiony publicznie, aby wszyscy mogli widzieć, co się dzieje z ludźmi, którzy nie przestrzegają zasad. Twoje obnażone, poranione ciało zobaczą wszyscy. Twoja matka, siostra, brat i ojciec. Będziesz się smażył w słońcu, ptaki będą wydziobywać kawałki mięsa. Zdejmiemy cię dopiero, jak smród zacznie być nie do wytrzymania. Wiesz, ile ludzi się przez ten czas nauczy, że z nami się nie zadziera? O nie, wcale nie dużo. Będą rozdrażnieni, będą chcieli zemsty. A już zwłaszcza twoja rodzina i gdy już do tego dojdzie, skończą w taki sam sposób, jak ty.
— Pierdol się — wychrypiał krztusząc się krwią — ty i tamta dziwka.
Zaśmiał się. Po prostu się zaśmiał, gdy usłyszał jego słowa. Nie sądził, że cokolwiek może go dziś jeszcze rozbawić. Tymczasem Andrew nie tracił ducha walki, nadal miał ochotę walczyć i pokazać wszystkim, jak bardzo to on nienawidzi wampirów. Szkodził tylko sobie i tym, którzy chcieliby wziąć przykład z chłopaka. Dla Alexandra oznaczało to tylko tyle, że będzie miał więcej zabawy, a reszta więcej sprzątania.
— Będę. Razem z nią, niekoniecznie z jej woli — zapewnił patrząc mu prosto w oczy. Minęło kilka sekund, zanim położył dłoń na jego klatce piersiowej i mocno przycisnął dłoń. Andrew tracił dech, kałuża krwi pod nim robiła się coraz większa, a po kilku sekundach po Sali, w której nagle zrobiło się zaskakująco cicho, rozległo się głośne pęknięcie kości. — I z chęcią jej pokażę twoje rozkładające się ciało.
Andrew już mu nie zdążył odpowiedzieć. Wychrypiał coś niezrozumiałego, jego ciałem wstrząsnęło kilka dreszczy i zamknął oczy. Brunet podniósł się, opuszczając chłopaka. Po drodze minął jedynie osoby, które miały zająć się posprzątaniem po nim tego syfu. Zainteresowanie jego osobą oraz całym tym wydarzeniem spadło poniżej zera. Z tego co wiedział czekało ich tu jeszcze kilka atrakcji, ale wiedział też, że Anabelle nie będzie w stanie przyjąć kolejnej dawki tak silnych emocji. Sam fakt, że posunęła się do tak drastycznego kroku wprawiał go w osłupienie. Nie zmuszał jej do tego, sama doszła do tego, że najwyraźniej tak musi postąpić i tak będzie dobrze.
Zamierzał już wyjść, kiedy mignął mu przed oczami zielony materiał sukienki, którą doskonale kojarzył. Obejrzał się za Florence, aby po chwili znaleźć się tuż obok niej. Zignorował fakt, że dziewczyna drgnęła, kiedy przesunął dłonią po odsłoniętym ramieniu kobiety. Alexander uśmiechnął się nieznacznie, odwrócił ją w swoją stronę i napotkał wściekłe spojrzenie oczu kobiety. Naprawdę sądziła, że po rozłożeniu nóg przed Pierwszym miała teraz prawo do tego, aby okazywać mu brak szacunku? Nie, nie zamierzał na środku Sali urządzać scen. Te były kompletnie niepotrzebne, a on sam miał swoje sposoby, aby nieposłuszne osoby sprowadzić szybko na ziemię. Florence należała do niego. Niezależnie od tego z kim miała zamiar się przespać już na zawsze była jego. Fakt, że to on ją stworzył do czegoś blondynkę zobowiązywał. Gdyby nie on czy byłaby teraz w tym miejscu? Jej twarz nie byłaby rozpoznawalna, byłaby nikim i sama o tym doskonale wiedziała. Pora na to, aby ją uświadomić komu powinna być wdzięczna za to, że w ogóle mogła znaleźć się w tym miejscu.
— Zostaw mnie w spokoju — warknęła wyszarpując się z delikatnego uścisku — nie jestem dłużej na twoje posyłki.
— Popełniasz błąd, Florence — odezwał się spokojnie mierząc ją spojrzeniem — i doskonale o tym wiesz. Tak samo, jak o tym, że niedługo wrócisz do mnie z podkulonym ogonem i będziesz błagać o wybaczenie.
— Wybaczenie? Czego, Alexandrze? — zapytała. Znajdowała się dość blisko mężczyzny, a mimo to zdecydowała się o kolejny krok, aby być jeszcze bliżej mężczyzny. Absolutnie nie interesowało ją to, że teraz najpewniej urządzają kolejną scenę. Miała dość życia, w którym była na każde jego skinienie. — Jesteś zapatrzony w siebie i myślisz, że wszystko ci wolno, ale bardzo się zdziwisz.
— Naprawdę? Może to jeszcze Erick będzie tym, który mnie ukarze? Nie ośmieszaj się, Florence. Oboje wiemy, że od wieków mamy między sobą układ. Myślisz, że on nie wie? Że jest nieświadomy moich… zainteresowań wobec kobiet? I czy naprawdę myślisz, że cokolwiek dla niego znaczysz?
Zobaczył, jak zaciska zęby. Czyżby właśnie uderzył w czuły punkt? Musiała być naprawdę naiwna, aby sądzić, że Erick zamierzał z nią spędzić resztę życia czy zainteresować się nią na dłużej niż kilka nocy. Sam wiedział przecież, że to było chwilowe zainteresowanie wampirzycą. Obserwowanie jej reakcji, kiedy docierało, że tak naprawdę jest zabawką tylko na jedną noc było interesujące. Należała do niego, nawet jeśli w tym czasie sypiała z innymi czy robiła to, czego on sam nie pochwalał. Wiele lat temu już dał jej znać, że nie zważając na to co się dzieje w jego życiu i czy z kimś się spotyka (obojętnie na jakich zasadach) to Florence zawsze należy do niego.
— Nic nie wiesz — syknęła cofając się o parę kroków — a ja twoja nie jestem i nigdy już nie będę. Zacznij się lepiej do tej myśli przyzwyczajać, bo ja nie zmierzam być już na twoje zawołanie.
Odwróciła się na pięcie i odeszła.
Nie chciał jej zatrzymać i nawet o tym nie myślał. Jej słowa krążyły mu po głowie, ale na pewno nie brał ich na poważnie. Florence była… zaskakiwała go swoim zachowaniem. Czyżby wyjście na bal dodało jej odwagi, której zawsze jej tak brakowało? Zadziorna, pewna siebie i pełna nienawiści do niego chyba podobała mu się jeszcze bardziej niż kiedy była zaskakująco posłuszna. Alexander obserwował ją do momentu, aż zupełnie nie zniknęła mu z oczu. Dopiero, kiedy jasnowłosa zniknęła mu z oczy ruszył się z miejsca. Miał do odnalezienia Anabelle, której znalezienie nie mogło być trudne. Szamotające nią emocje były zbyt łatwe do odnalezienia. Wystarczyło się wsłuchać, zignorować dźwięki dookoła i można było usłyszeć jej cichy głos. Nie był szalenie ciekaw o czym brunetka rozmawia z Erickiem, wystarczyła mu w zupełności świadomość, że jest w ogrodach. Więcej wiedzieć tak naprawdę nie musiał. Pokręcił się jeszcze po Sali, wypił kieliszek wina z krwią i dopiero wtedy zdecydował się pójść do ogrodów, aby zabrać Anabelle z powrotem do rezydencji.
Zatrzymał się wpół kroku słysząc za sobą słodki, niewinnie brzmiący głos. Z wolna odwrócił się w stronę znajomej pół-wampirzycy. Przez krótki moment jej nie rozpoznawał, ale gdy nieco uważniej się jej przyjrzał dostrzegł dziewczynę, która niemal rok wcześniej zaczepiła go w jego gabinecie w Londynie. W tej chwili wyglądała wręcz olśniewająco, kruczoczarne włosy miała wysoko upięte, a kilka kosmyków włosów obijało się o jej uroczą, okrągłą buzię. Natomiast zielone oczy pobłyskiwały w zadziorny sposób, jakby czegoś od niego oczekiwała.
— Gemma Badley — wymruczał zbliżając się do kobiety, która zmieniała swoją pozycję. Oparła dłoń o biodro, lekko się przechylając, a druga zwisała wzdłuż jej ciała. Suknia, którą na sobie miała idealnie opinała jej zgrabne ciało, a rozcięcie na udzie odsłaniało długie, blade nogi. — Czemu zawdzięczam ten zaszczyt?
— Szukałam cię cały wieczór — wyznała przechodząc od razu na ty, choć poza paroma rozmowami nigdy później nie rozmawiali, a już na pewno nie byli tak blisko, aby mówić sobie po imieniu. — Interesujące show się tutaj wydarzyło. Żal, że mnie ominęła taka świetna zabawa — mruknęła z uśmiechem zadowolenia, kiedy brunet znalazł się bliżej niż na wyciągnięcie ręki. Dotknęła go dłonią, która wcześniej zwisała wzdłuż jej ciała.
— Miałam nadzieję zobaczyć cię w akcji — ciągnęła dalej — a jak już dotarłam było po wszystkim.
Westchnęła smutno sunąc palcami po jego klatce piersiowej, docierając do szyi i w końcu ust, po których delikatnie przesunęła. Nawet się nie zawahała, doskonale wiedząc, że przecież w każdej chwili może jej urwać łeb za pozwalanie sobie na zbyt wiele. Tylko niekoniecznie przejmowała się ewentualnymi konsekwencjami jej zbyt śmiałego zachowania.
— Czego chcesz, Gemmo? — zapytał zerkając w jej oczy.
Znalazł w nich upór, dominację i doskonale wiedział, że trafił na kobietę, która bierze to, czego chce niezależnie od tego, w jaki sposób ma się to odnieść. Była jedyną na tę chwilę pół-wampirzycą, która została zaproszona na bal. Jej ojcem był Gerald Badley, Alexander nieszczególnie przywiązywał uwagę do tego, kim mężczyzna był, ale nazwisko było znane i szanowane wśród nieśmiertelnych, a także niektórych ludzi. Devile uważał go za mięczaka, który zamiast wykorzystywać Gemmę do tego, do czego była stworzona zdecydował dać się jej prawdziwy dom, a nawet i nazwisko. Sprawy między wampirami i ich dziećmi, które były wynikiem związku z ludzką kobietą były identyczne do bękartów, którzy byli płodzeni przez lordów czy królów w danych czasach. Nie byli częścią rodziny, nie nosili szanowanych nazwisk. Pełnili rolę służących, w większości. Niektórzy zachowywali się wobec nich znacznie gorzej, a w to nikt nigdy nie ingerował. Było tak od tysięcy lat i nic tego nie mogło zmienić. Sytuacja miała się inaczej, gdy pół-wampiry miały sytuację jak Gemma. Zdarzało się to rzadko, niemal nie istniały takie sytuacje, ale gdy pół-wampir otrzymywał nazwisko po ojcu miał automatycznie takie same prawa, jak wampiry. Nikt ani nic nie mogło tknąć Gemmy Badley. Nawet on.
— A czy kobieta zawsze musi czegoś chcieć od mężczyzny? — spytała z niewinnym uśmiechem. — Po prostu pomyślałam, że dobrze byłoby… nawiązać nowe znajomości, a to chyba jeszcze nie grzech?
— Nie jestem najlepszą osobą do nawiązywania znajomości.
— Myślisz, że nie wiesz? Wszyscy wiedzą — oznajmiła niewzruszona — wszyscy widzieli też to brzydkie kaczątko, które ze sobą przyprowadziłeś, i które właśnie spędza czas płacząc w ramię Ericka. I wszyscy też wiedzą, że w końcu ci się znudzi. A ty… wydajesz się być facetem, który potrzebuje kobiety, która za nim nadąży i będzie w stanie spełnić jego oczekiwania.
— Myślę, że nie dałabyś rade, słońce.
— Może chcesz się przekonać? — zaproponowała wyciągając szyję, przez co znalazła się znacznie jego bliżej ust niż powinna. — Co ci szkodzi?
— Będziesz żałowała.
— Chętnie się sama o tym przekonam. 
Gemma zerknęła mu w oczy. Dostrzegł w nich wręcz wybuchową mieszankę. Jej zielone oczy błyszczały dziko, a serce, choć w gruncie rzeczy martwe zabiło kilka razy. Był przekonany i wręcz pewny tego, że kobieta zacznie żałować swojej decyzji, gdy tylko dojdzie do kolejnego spotkania. I nie mógł się wręcz doczekać wyrazu jej twarzy, kiedy zda sobie sprawę w co tak naprawdę weszła.
— Ciężko będzie w takim razie odmówić. Nie zmieniaj tylko zdania, Gemmo. Wymyśliłem dla nas już parę… intrygujących zajęć.
— Zdecydowanie nie mam zamiaru — odparła pewnym siebie głosem i jak gdyby nigdy nic, cmoknęła go w usta. Odwróciła się na pięcie i kręcąc biodrami odeszła. Nie zerknęła przed ramię, choć tego oczekiwał. Zostawiła po sobie gorzki smak niedokończonych spraw, a Devile wręcz nie mógł się doczekać, aż będzie miał ją w posiadaniu.

~*~
Wyszedł z budynku, kierując się na ogrody.
Co prawda kusiło go, aby zabrać się z Gemmą, ale nie ufał nikomu, jeśli chodziło o Anabelle. Nie mógł jej na resztę wieczoru zostawić z Erickiem, który mógł dowiedzieć się więcej niż trzeba było. Podejrzewał też, że i on wcale nie chciałby się bawić w opiekunkę dziewczyny. Natomiast ona mogła nie czuć się komfortowo w jego towarzystwie. Oczywiście przeszło mu przez myśl, że mogłaby to wykorzystać, jako ucieczkę, ale nie wierzył, że jest na tyle głupia, aby decydować się na ucieczkę, kiedy mógł ją bez problemu znaleźć choćby i na końcu świata. Na zewnątrz było czuć jej zapach, choć już znacznie słabiej. Wiatr sprawił, że nie był on już tak silny, ale nadal jednak wyczuwalny i poprowadził go niczym, jak po sznurku do miejsca, gdzie siedziała. Dostrzegł ją na ławce, z narzuconą na ramiona marynarką Pierwszego. Devile zmarszczył czoło, orientując się, że ten gest wcale mu się nie spodobał. Dłonie zaczęły piec, jakby chciał koniecznie komuś przyłożyć, a tym kimś w tym przypadku był Erick. Nie powinien był mu pozwolić na to, aby zabrał Anabelle z tamtego miejsca. Tylko wtedy niekoniecznie miałby czas na to, aby przez moment porozmawiać z Andrew i patrzeć, jak z wolna zdycha. Trzeba było czasem poświęcić parę rzeczy, aby dostać to, czego się chce. W tym wypadku była to Anabelle, która odeszła z Islandczykiem. Mówiło się trudno, ale z drugiej strony już tutaj był i miał zamiar przejąć dowodzenie.
Dało się niemal od razu wyczuć, że atmosfera się zmieniła, kiedy przyszedł.
Z Anabelle już dawno uciekła cała adrenalina, a teraz znów była niczym przerażona kura. Siedziała spięta, drżąc i o ile się nie mylił, to nawet dostrzegł ślady po łzach na jej policzkach. Erick podniósł się i spojrzał na Alexandra.
— Wreszcie — zaczął mierząc go wzrokiem, a Devile dostrzegł w jego spojrzeniu kpinę i swego rodzaju wyższość. Na krótki ułamek sekundy zacisnął mocno szczękę, zmrużył oczy i zastanawiał się czy mądrze będzie go zaatakować, ale zaraz po tej myśli się rozluźnił. Nie uważał, że na dziś było dość przemocy, ale w tej chwili stał na przegranej pozycji. Erick miał tu zbyt wielu wielbicieli, a nawet jego pozycja w kraju mogłaby mu nie uratować skóry, gdyby w takim miejscu zaatakował Pierwszego. — Już się zastanawiałem czy będę cię musiał szukać, aby oddać ci tą panienkę.
— Jak widać już jestem — odparł — a ty za to nie jesteś nam potrzebny. Możesz wracać. Florence nie może się doczekać, aż rozłoży ponownie przed tobą nogi.
— Czego nie można powiedzieć o Anabelle.
Devile na moment zgłupiał, kiedy usłyszał co powiedział. Możliwe nawet, że rozchylił delikatnie usta w szoku. Skąd niby miałby wiedzieć? Szybko zerknął na brunetkę, ale ona nawet nie zainteresowała się jego pojawieniem. Siedziała dalej w tej samej pozycji, gapiąc się w coś przed sobą czy gdziekolwiek. Zupełnie, jakby nie była świadoma tego, że po nią przyszedł.
— Co ty powiedziałeś?
— Nie słyszałeś? Od zawsze byłem pewien, że wampiry mają świetny słuch. Zwłaszcza tak stare, jak my.
— Doskonale wiesz co miałem na myśli, a ja nie będę powtarzał swojego pytania.
— Udanego wieczoru, Alexandrze. Zgaduje, że już się zbieracie do wyjścia. Wielka szkoda, jeszcze wiele ciekawych wydarzeń przed nami, ale rozumiem, że ze względu na stan twojej partnerki nie możecie sobie pozwolić na zostanie dłużej. Uściskaj ją ode mnie. Ale pocałuj? Nie wiem, które podobało się jej bardziej.
Devile zrobił parę kroków do przodu w momencie, kiedy Erick robił dokładnie to samo. Znaleźli się w ten sposób bliżej siebie, ale nie zrobił żadnego innego ruchu. Nie mógł sobie na to pozwolić, choć w tej chwili prosił się o to i to bardzo.
— Zejdź mi z drogi — wycedził.
— Jak sobie życzysz — odparł. Odwrócił się na moment, aby spojrzeć jeszcze na Anabelle, która naprawdę była pogrążona we własnych myślach i zupełnie nie zwracała na nich uwagi. Może i w tej chwili tak było dla niej lepiej. — Spróbuj nie przeginać, Devile. Nie jesteś tu żadnym królem, pamiętaj o tym,
— Boisz się o własną pozycję, że mi grozisz?
— Nie — zaśmiał się — ona jest bezpieczna, ale ty… zawsze byłeś lekkomyślny i po tylu latach to się nadal nie zmieniło. Jesteś przewidywalny. W pewnym momencie cię to zgubi.
Nie odezwał się już więcej. Wyminął bruneta i odszedł w stronę wejścia.
Devile przez kilka dłuższych sekund stał w miejscu. Wpatrywał się w Anabelle, która faktycznie była zupełnie nieświadoma tego wszystkiego, co działo się wokół niej. W głowie wciąż huczały mu słowa wypowiedziane przez blondyna. On wiedział, a jedyną osobą, która mogła mu powiedzieć była Casella. I wiedział, że nie mogła być na tyle głupia, aby sama z siebie mu się zwierzyć. Długo się będzie zastanawiać czy warto poruszać z nią ten temat, a ta noc nie była z pewnością odpowiednia do tego, aby się tym przejmować. Tylko na teraz, odłożył myśli o tym na bok i podszedł do dziewczyny.
— Chodź, słońce — odezwał się posyłając jej lekki uśmiech — pora wrócić do domu.

— Do domu. 
Cześć, rozdział ciut wcześniej niż zwykle. Data również nie jest przypadkowa, bo dziś mija trzecia rocznica Forever You Said, które jest własnością Nessy i jednym z moich ulubionych opowiadań, które serdecznie wszystkim gorąco polecam! Gratulacje z okazji trzeciej (ale ten czas zapierdziela, nie?) rocznicy i oby było ich więcej! Rozdział również z dedykacją dla Justyny, która jest ze mną od zawsze i na którą mogę liczyć bez względu na wszystko. ^^ A wszystkim, którzy jeszcze nie znają tego opowiadania, choć co ja gadam i je znać znają na pewno wszyscy, z całego serduszka polecam historię Eve, Marco, Castiela i Drake oraz całej reszty, których wymienienie trwałoby wieki. Tak czy siak, historia cud, miód i orzeszki. Jeszcze raz wszystkiego najlepszego i mocne uściski. <3