sobota, 14 lipca 2018

Rozdział trzydziesty

Alexander 

Trudno było stwierdzić czy jest zaskoczony, skoro doskonale wiedział kogo tutaj spotka. 
Bezczelność Ericka uderzyła w niego teraz bardziej, niż powinna. I chociaż cholernie tego nie chciał, czuł ten niepożądany szacunek przed pierwszym. To było silniejsze od niego, jak pewnie silniejsze od każdego chodzącego po świecie wampira. W dodatku pieprzony Erick był jego stwórcą, a to zobowiązywało do pewnych rzeczy. Alexander już dawno temu dał mu wyraźnie znać, że nie zamierza być jego cholerną służką i naśladować swojego stwórcy. Nieśmiertelny miał swoje własne, wykraczające poza kodeks zasady i to ich się chciał trzymać. To ile razy złamał prawo nadane przez Pierwszych było listą bez końca. Oczywiście nie robił tego wprost, widywał na każdym kroku wampiry, które nie przestrzegały zasad, sam je karał i sam unikał jednocześnie kary. Czym innego było przecież drobne złamanie jednej z wielu zasad, a buntowanie się przeciwko Pierwszym, zbieranie armii i prowadzenie jej na nieśmiertelnych, którzy trzymali władzę nad tym całym gównem, prawda? Sam doszedł do tego kim teraz jest. Bardzo się starał, aby ludzie i jemu krewni czuli przed nim respekt. Musiało minąć wiele lat, w zasadzie wieków, zanim Devile został postrzegany jako ktoś lepszy, a nie tylko podrzędny wampir, który został przemieniony przez Pierwszego. Sam fakt, że to właśnie Erick go przemienił dodawał mu kilka punktów, jednak niewiele i po prawdzie były one nieznaczące. Czas spędzony z nieśmiertelnym dał mu kilka ważnych, przydatnych lekcji. Miał szansę obserwować jak rozwiązywać spory, jak rozmawiać i jakich słów używać. Byłby kłamcą, a kłamstwem — chociaż czasami uwielbiał kłamać i się bawić ze swoimi ofiarami – się brzydził. Wyniósł wiele cennych lekcji, a te przydawały mu się po dziś dzień. Sam nigdy nie zamierzał się bawić w opiekuna nieśmiertelnych. Obowiązkiem każdego kto kogoś przemieni była opieka nad nowo narodzonym, jedynym wyjątkiem była tak naprawdę Florence i Alexander sam sobie nie umiał wytłumaczyć co takiego w niej było, że ją sobie zatrzymał. Cóż, na pewno okazała się być przydatna przy niektórych rzeczach, ale poza tym… poza tym wciąż była momentami irytującą blondynką, którą miał ochotę rozszarpać na malutkie kawałeczki i zakopać głęboko w ogrodzie razem z innymi. 
Przychodząc tutaj miał pewien plan. Nieco zbyt pewny siebie, a cały ten plan się posypał, kiedy zobaczył Florence w objęciach Ericka. Oczywiście, że nie tak sobie wyobrażał ten wieczór dla blondynki. W ogóle nie spodziewał się tego, że mężczyzna się tu pojawi. Wiedział, że będzie, ale patrząc na poprzednie uroczystości miał się pojawić na rozpoczęciu i na tym koniec; wrócić do swoich niezwykle ważnych zajęć i nie zajmować się podrzędnymi wampirami, które nie miały wpływu na to co się działo. Zabranie ze sobą Anabelle było trochę ryzykowne. Po pierwsze ze względu na to jak wyglądała, a wyglądała źle. I chociaż Florence robiła wszystko, aby doprowadzić ją do porządku pewnych rzeczy nie można było zakryć czy zmienić w przeciągu kilku tygodni. Jednak nie zamierzał zrezygnować z niej, jakby nie patrzeć dziewczyna była naprawdę ładna — a gdyby nie była przecież nawet nie zawracałby sobie nią głowy! — a jakby była tylko nieco bardziej pewna siebie, zadziorna byłaby niezłym materiałem na wampirzycę, ale tego już nawet nie brał pod uwagę. Zawiodła go podczas pierwszej nocy w nowym domu. Nie walczyła tak jak tego oczekiwał, może wtedy coś by z niej było, a tak? Sam chyba jeszcze do końca nie był pewien na co ją trzyma. Musiał przyznać jedno — wciąż trzymała się całkiem nieźle. Mimo tego wszystkiego co jej wyrządził, każde zło w jakiś sposób się od niej odbijało, ale to wraz dla Alexandra było o wiele za mało. 
Oglądanie jej w tej chwili z Erickiem było… nie tyle co bolesne, a nieprzyjemne. Miał w głowie sporo obaw, a jak się potem okazało całkiem słusznie. To był w końcu Pierwszy. Miał o wiele więcej zdolności, lepiej potrafił przemienić fantazję w rzeczywistość, bawić się umysłem. Nawet jakby chciał nie mógłby się z nim pod tym względem równać, a nie był idiotą, który rzuca wyzwanie Pierwszemu. Widział jak tacy kończą, a to zdecydowanie nie był koniec dla Alexandra Devile. Jego obawy były potwierdzone, tylko nic nie mógł z nimi zrobić. Obserwacja sama w sobie też niewiele mu dała. Nawet wampirzy słuch niewiele mu dał, a wchodzenie teraz do umysłu Anabelle byłoby zwyczajną głupotą. I w zasadzie, to aż tak mu chyba nie zależało. W najgorszym wypadku po prostu by mu ją odebrał i z powrotem odstawił do rodziców, albo zapewnił jakiś cholerny azyl. Słusznie podejrzewał, że prędzej wróciłaby do niego, niż została z Marthą i Peterem. W końcu kochana matka zaraz po otrzymaniu jej z powrotem, z całą pewnością, szukałaby kogoś, kto za zadowalająca ją kwotę, zająłby się jej jedynym dzieckiem. Może nie musiał się przejmować tym, że coś mu powie, a może wręcz przeciwnie. Tak czy inaczej, nie czuł zagrożenia na tyle, aby faktycznie zacząć się z powodu ich rozmowy denerwować i wyrywać sobie włosy z głowy. 
Zmierzał za to skorzystać z faktu, że jest sam na sam z Florence. Dawno już nie czuł do niej takiej złości jak teraz. Będąc jednak w miejscu publicznym nie mógł tego okazywać w taki sposób, w jaki chciał. Zamierzał grzecznie poczekać, nawet jeśli miałoby to mu zająć kolejny wiek. Tak jak podejrzewał teraz pewnie będzie przyklejona do Ericka, dopóki mu się nie znudzi, a nie chcąc sobie dokładać problemów lepiej było zaczekać. 
Bez słowa podszedł do blondynki z wyciągniętą dłonią. Drugą miał schowaną za plecami, uśmiechał się lekko i tajemniczo, tak jak oczekiwano tego od dżentelmenów. 
— Można prosić, panno Campbell? 
— Jak mogłabym odmówić, panie Devile. 
W jej oczach widział odmowę, niepewność i coś na kształt pogardy. To ostatnie było jednak zbyt małe i zbyt niepewne do okazania, aby w ogóle się przejął. Nie miało teraz to dla niego najmniejszego znaczenia. Sama z pewnością też zdawała sobie sprawę z tego, że ta jej sielanka nie potrwa długo, a kiedy Erick już ją kopnie i odstawi na bok, cóż wtedy będzie się mogła zacząć modlić do kogo tylko zachce o łaskę. 
Poprowadził ją w stronę sali. Nie okazywał jej w tej chwili żadnych nieprzyjaznych uczuć. Taki krok byłby bezsensowny. Miał znacznie lepszy pomysł. Nieco boleśniejszy. Byłby głupcem gdyby nie zdawał sobie sprawy z tego, że darzy go jakimiś uczuciami. Można powiedzieć, że pod względem odwzajemniania ich był upośledzony. Świetnie potrafił udawać zakochanego, oczarowanego, jednak już nie potrafił takich uczuć odwzajemnić. Nawet się nie starał, nie miał dla kogo, prawda? Wykorzystywanie Florence niosło zawsze ze sobą masę przeróżnych odczuć, których sam do końca nie rozumiał. Jednak nigdy nie poczuł się przy niej w żaden sposób wyjątkowo. Ot, czasem było mu jej szkoda, kiedy leżała na łóżku okryta cienkim materiałem pościeli lub całkiem naga, a po jej policzkach spływały łzy. Trwało to zazwyczaj ułamek sekundy, że ciężko było zauważyć na jego twarzy jakąkolwiek zmianę. 
Miał ogromną ochotę zadać jej masę pytań odnośnie Ericka, jednak wiedział, że powinien się powstrzymać i wolno badać grunt. Zadawanie jakichkolwiek teraz pytań mówiłoby aż nazbyt wiele. Bezpieczniej było więc powoli sprawdzać na ile sobie może pozwolić. Znaleźli się już między innymi tańczącymi parami. Na ich szczęście wszyscy byli zajęci sobą i nikt nie zwracał na ich dwójkę uwagi. Zanim rozpoczęli taniec, opuszkami palców przesuną po plecach blondynki, czując pod palcami jak przechodzi ją dreszcz. Trudno było teraz określić czy był to dreszcz rozkoszy czy przerażenia. Poprowadził ją w tańcu, pewnym siebie krokiem całkowicie na siebie zwalając prowadzenie, tak jak zawsze zresztą. Był dominującym typem, nie pozwalał na to, aby to płeć piękniejsza miała nad nim jakąkolwiek kontrolę. 
Dało się wyczuć między nimi pewien dystans – nie byli do siebie zbliżeni, była niewielka przerwa między ich ciałami. Natomiast inni tańczący byli zbliżeni, mieli ze sobą pewną więź. Nawet nieznajomi, kiedy dochodziło do wymiany partnerów! Skończyła się pierwsza melodia, jednak Devile jeszcze nie wypuszczał i nie pozwolił jej wyjść ze swoich objęć. Jego dłonie ponownie zawędrowały na jej plecy, tym razem jednak zacisnął na nich palce. Mocno z pewnością, że przez krótki moment zostanie na nich ślad. Florence gwałtownie wciągnęła powietrze przez zęby, a on coraz mocniej zaciskał na jej plecach palce. Trwało to kilka sekund, nie więcej niż dziesięć. Dla niektórych to było niczym ułamek sekundy, nikt nie mógł zauważyć tego co się między nimi działo. Jednak dla wampirzycy to było niczym cała wieczność, a kiedy w końcu ją puścił… Nie odważyła się złapać za bolące miejsce. 
— Mam nadzieję, że zrozumiałaś przekaz. 

~*~ 

Przy stoliku, który zajmował wraz z Anabelle pojawił się pierwszy. Jak widać nie tylko oni skorzystali z dodatkowego tańca. Chwilę później już widział jak Erick prowadzi ją z powrotem do stolika. Niczego nie dało się wyczytać z wyrazu twarzy obojga. Zupełnie jakby poza tańcem do niczego więcej nie doszło. Anabelle była w głupi sposób oczarowana nieśmiertelnym, zbyt wesoła i rozkojarzona, a to już dało mu wystarczająco do myślenia. Cokolwiek się tam wydarzyło, zamierzał się tego dowiedzieć. Prędzej czy później. Teraz chciał dalej grać, udawać. Bale zazwyczaj go nudziły, ale teraz czuł, że może być ciekawie. Zwłaszcza kiedy miał u boku Anabelle. Nieświadomą tego co się wydarzy Anabelle. 
— Twoja partnerka jest niezwykle utalentowana — pochwalił Erick oddając mu Anabelle. Popchnął ją lekko w stronę mężczyzny. — Niesamowicie tańczy, wiedziałeś? 
— Miałem okazję się przekonać. 
Mierzyli się przez kilka sekund spojrzeniami. Zupełnie jakby chcieli zobaczyć który z nich pierwszy odwróci wzrok. Do tego jednak nie doszło, obaj byli zbyt uparci, aby to robić. Alexander nie zamierzał dać mu wygrać, tak samo jak Erick nie zamierzał tego robić. Pojedynek trwał dość długo. Z boku mogło to wyglądać jakby się decydowali, który z nich ma spędzić wieczór z ubraną w biel brunetką. Zupełnie jakby była jakąś nagrodą. 
— Z pewnością nie tylko o tym się przekonałeś. 
Na moment zapadła dłuższa cisza. Alexander powstrzymał się od zbędnych komentarzy, a także od rzucenia się na niego z kłami. Pogarszanie sytuacji byłoby w tej chwili naprawdę durne. Zgodnie wszyscy mogliby stwierdzić, że jakiekolwiek problemy nie są im teraz tak naprawdę potrzebne, prawda? 
— Anabelle jest utalentowana, Ericku. Zapewniam cię, że jej drobna osóbka kryje wiele — odpowiedział. Atmosfera robiła się coraz bardziej napięta. Śmiało można było wycinać nożem kawałki, gdyby naszła kogoś na to ochota. 
— Och, z pewnością. Gdyby było inaczej przecież nie fatygowałbyś się, aby ją tu zabrać, prawda? Samo ubranie jej musiało sporo kosztować, a obaj chyba wiemy jak bardzo cenisz sobie każdego zarobionego pensa. 
— Niektóre są tego warte — odparł rzucając krótkie spojrzenie w stronę Florence, która już zajmowała miejsce obok Ericka. Alexander doskonale wiedział, że chociaż teraz spędzała czas z nim to wciąż była tak naprawdę jego. Nikt mu jej nie odbierze. Tak samo jak Anabelle, mogła być nim oczarowana, ale w rzeczywistości obie należały tylko i wyłącznie do niego. 
— Oczywiście, Alexandrze. Oczywiście. Wybaczcie nam proszę, nie miałem jeszcze okazji nacieszyć się wystarczająco towarzystwem Florence. Niezmiernie miło było cię poznać, Anabelle Casella. 
Skłonił się przed brunetką ujmując jej dłoń, którą następnie delikatnie musnął chłodnymi wargami. Po wyprostowaniu się przez kilka sekund spoglądał prosto w oczy brunetki, lekko się uśmiechał. W tajemnicy sposób od którego ciarki przechodziły po plecach. Anabelle dygnęła przed nim lekko, odwzajemniając uśmiech. I zostali ponownie sami. Ona i Alexander. Nieśmiertelny jednym ruchem nieco zaborczo ją do siebie przycisnął. Wieczór dopiero się zaczął, a on już miał serdecznie dość. Najlepsze jednak wciąż było przed nimi. 

Anabelle 

Ten cały wieczór był dziwny, zakręcony i niezrozumiały dla niej. 
Prawdę mówiąc nie była pewna ile minie jeszcze czasu, zanim to wszystko się skończy. Podejrzewała jednak, że mogą spędzić tu jeszcze wiele godzin. Nigdy nie była na takich przyjęciach, więc skąd miała wiedzieć ile czasu trwają? Niegrzecznie było się pytać. Alexander nie był w humorze i nie chciała go dodatkowo rozzłościć swoim pytaniem. Chciała też korzystać z chwili, kiedy jest poza rezydencją, otoczona innymi ludźmi. Będąc wśród wampirów nie czuła się najlepiej, ale zawsze było to lepsze towarzystwo, niż sama na sam w pokoju, który czasami zajmowała czy w piwnicy na dole. Miała świadomość, że nieśmiertelni w każdej chwili mogą się jej rzucić do gardła. Wystarczy jeden nieprzemyślany krok, złe słowo i mogłoby być po niej. A nie byli przecież szczeniakami, które wystarczy skarcić i grzecznie pójdą do kąta. Na własnej skórze wiele razy się przekonała, że czasami lepiej trzymać język za zębami. W tej chwili ograniczały ich zasady, regulamin, ale mogli się nie powstrzymać. Natura mogła się okazać silniejsza, niż jakiś tam kodeks, a wtedy już nic by jej nie uratowało. Brzmiało to niezwykle głupio, ale dla bezpieczeństwa trzymała się blisko Devile. Tak naprawdę w tej chwili był jedynym, który by jej nie skrzywdził. Jego znała. Na tyle na ile pozwolił się jej poznać, dlatego też wiedziała jak się poruszać i co mówić, aby nie wyprowadzić go z równowagi. Nie zawsze to działało, a zwłaszcza kiedy miał zły humor, ale zawsze próbowała. Chwytała się każdej możliwości, aby tylko jej nie skrzywdził. Dzisiejszy wieczór był zły, bardzo zły. Obawiała się powrotu do jego zamieszkania. Na samą myśl o tym co mogłoby się dziać za zamkniętymi drzwiami przechodziły ją dreszcze. Próbowała się nie nastawiać na najgorsze, jednak czasem było to o wiele silniejsze od niej. 
Z rozmyślań wyrwał ją głos bruneta. 
— Anabelle — powtórzył sprowadzając ją tym samym na ziemię — chodź ze mną. 
Nie sprzeciwiała się. Ujęła go pod ramię pozwalając się zaprowadzić… gdziekolwiek szli. Jak się okazało nie tylko oni zmierzali w ów miejsce. Z każdym kolejnym krokiem coraz wyraźniej słyszała jęki, płacz i czasami głośniejsze krzyki. W głowie zaczęły pojawiać się jej różne obrazy. Żadne z nich nie były przyjemne. Momentami zastanawiała się czy nie powinna się zacząć opierać, ale wtedy zrobiłaby scenę, a potem… nie chciała nawet o tym myśleć. Jeśli będzie posłuszna, a była cały wieczór!, nie spotka ją żadna kara. Jednak gdy zacznie protestować, wykłócać się wtedy po powrocie nie będzie przyjemnie. W tej kwestii wybór był prosty. 
Stawiała już kolejny krok, kiedy nagle Alex szarpnął nią, aby się zatrzymała. Spojrzała nieco zdumiona na mężczyznę, spodziewała się tego, że będą szli dalej za resztą par, ale jak widać miał inny plan. Odeszli na bok, robiąc przejście innym. 
— Ani waż mi się z nikim rozmawiać, płakać czy okazywać współczucie, rozumiesz? 
— Gdzie idziemy? I co — wypowiedź przerwał jej krzyk. A w zasadzie wrzask. Wrzask pełen bólu. Nie musiał już jej odpowiadać. Wystarczyło, że to usłyszała, a zrozumiała co tam na dole może się dziać. Schodzili w podziemia. Już wcześniej słyszała krzyki, ale dopiero teraz do niej docierało do kogo one należą. — Rozumiem. Nie zawiodę cię. 
— Mam nadzieję. 
Weszli jako jedni z ostatnich. 
Wcześniej uważała, że to jej dzieje się krzywda. Była przekonana, że jej życie stało się jedną wielką torturą i niekończącymi się karami, ale gdy tylko tu zeszła i zobaczyła tych wszystkich ludzi, w większości obnażonych, zrozumiała, że w porównaniu do nich ma jednak szczęście. W podziemiach było chłodno. Ramiona od razu pokryły się gęsią skórką, a ona sama lekko zaczęła drżeć. I jak na razie było to spowodowane tylko i wyłącznie chłodem, tak wiedziała, że z następnymi krokami chłód przestanie jej przeszkadzać. Starała się unikać rozglądania na boki, żaden z tych widoków nie był przyjemny i nie rozumiała dlaczego ją tutaj przyprowadził. Wiedział jak zareaguje. Nie bez powodu zatrzymali się przed wejściem, aby odbyć krótką rozmowę. W tym momencie najchętniej zakryłaby uszy dłońmi i zaczęła śpiewać, byle tylko nie słyszeć tego co działo się tutaj. Pozostali ludzie, którzy byli przyprowadzeniu tu jak ona, wydawali się zupełnie nie być poruszeni tym co tutaj się działo. Tak jakby nie widzieli tego po raz pierwszy, albo jakby nie przeszkadzało im to w jaki sposób kończą ludzie. Spośród jęków i krzyków można było wyłapać słowa, a raczej obelgi rzucane w stronę ludzi. Zatrzymała dłużej wzrok na niskim mężczyźnie z pokaźnym brzuchem. Towarzyszył podobnej sobie kobiecie, a oboje stali przed drobną, zapłakaną kobietą. Miała na sobie skrawki ubrań, które zakrywały jedynie piersi i intymne części jej ciała, Anabelle potrafiła doskonale – zapewne lepiej niż ktokolwiek – dostrzec w niej siebie. Dopiero po chwili dostrzegła, że kobieta jest przywiązana łańcuchami do ściany. W kostkach i nadgarstkach. Mężczyzna wraz ze swoją partnerką się śmiali, pili wino i szydzili z kobiety. Ich słowa nie docierały do niej w pełni, skupiła się na nich jednak nieco bardziej, choć wiedziała, że nie powinna tego robić, to jednak… 
— To była moja najlepsza inwestycja. Z początku się obawiałem, pewnie rozumiesz, spędziłem z nią dwadzieścia lat — parsknął z pogardą spoglądając na kobietę — ale teraz wiem, że było warto. 
— Od początku cię zapewniałam, że nie pożałujesz — wymruczała kobieta przesuwając dłonią po jego ramionach. Uśmiechała się w paskudny sposób. — Teraz masz wszystko, a wasze dzieci są bezpieczne, najedzone. Czym jest jedno marne życie w porównaniu do waszych? Wy jesteście syci, ja jestem syta. 
Bardzo chciała przestać, ale nie mogła. Słuchała dalej ich rozmowy, a z każdym kolejnym słowem była coraz bardziej przerażona. Był jak Martha i Peter, z tą różnią, że on sprzedał swoją żonę i matkę dzieci, a w dodatku był tu, wyśmiewał się z niej. Czuła jak do oczu napływają jej łzy, chciała się rozpłakać teraz jak dziecko, ale złożyła obietnicę. Obietnicę, której nie mogła złamać, a własne życie i zdrowie było dla niej ważniejsze. Ani trochę nie mieściło się jej w głowie to, że ludzie mogą być tak okrutni. Byli o wiele gorsi, niż nieśmiertelni. Nawet się nie zawahają przed sprzedażą najbliższych. Odwróciła od nich wzrok. Wiedziała, że będzie tylko gorzej. To był tak naprawdę dopiero przedsmak tego co ma się wydarzyć później. 
Drgnęła lekko, kiedy poczuła na policzku chłodny oddech bruneta. 
— Teraz już wiesz, że to nie my jesteśmy źli. Sami nawzajem gotujecie sobie taki los.
Cześć! Jak mijają wakacje?;) Przychodzę do was z kolejnym rozdziałem po krótkiej przerwie. Jak już kilka razy mówiłam; wolę trochę poczekać zanim wstawię rozdział, niż wrzucać byle co. ^^ Mam nadzieję, że będzie się wam podobał. Wspomnę też, że niedługo wyjeżdżam i za trzydziesty pierwszy rozdział będę się brać w połowie/pod koniec sierpnia. ;) 
Dziękuję też jak zawsze za komentarze, które zobaczyłam niestety dopiero dziś, bo blogger nie wysyła mi powiadomień, a ja sama jakoś zapomniałam wchodzić na bloga, aby sprawdzić co tam nowego słychać. Także dziękuję, cieszę się ogromnie, że jeszcze tu jesteście i śledzicie historię Any. =)