poniedziałek, 14 stycznia 2019

Rozdział trzydziesty drugi

Anabelle 

Krew była wszędzie.
Nie tylko na jej dłoniach, sukni czy ustach. Czuła jej zapach, metaliczny posmak na języku. Od wydarzeń kręciło się jej w głowie. Wszystko działo się szybko, nie nadążała za wydarzeniami na tym festiwalu śmierci, który nie przyniósł absolutnie nic dobrego. Nadal nie potrafiła uwierzyć w to, co niedawno zrobiła. Musiało minąć sporo czasu zanim w pełni do młodej kobiety dotarło co takiego zrobiła, czego się dopuściła. Na samą myśl czuła odruch wymiotny. Naiwna liczyła, że ten wieczór nie okaże się tragedią, a tymczasem sama doprowadziła do tego, że taki właśnie był. Pokazała się z tej najgorszej strony. Zalewanie się łzami absolutnie niczego jej nie dało, gdy dotarł do niej sens wszystkiego. Nie mogła w żaden sposób cofnąć czasu, ani też nikt jej nie powstrzymywał, gdy opadła na podłogę łapczywie łapiąc powietrze. Zupełnie jakby się po raz kolejny dusiła. Żadna dłoń nie zaciskała się wokół jej gardła, a mimo to czuła na nim mocny uścisk. Narzędzie zbrodni nadal jednak spoczywało w jej dłoni. Uparcie zaciskała dłonie w pieści. Paznokcie przebijały się niemal przez jej skórę, a ból był jedynym znakiem, że to wszystko wydarzyło naprawdę. To nie był kolejny koszmar, który po przebudzeniu się odejdzie w niepamięć. To nie był zły sen. To działo się naprawdę, to Anabelle tym razem zawiniła i świadomość, że to wszystko spoczywało na niej, była przerażająca. Dźwięki wydawane przez Andrew do niej nie docierały. Nie słyszała, jak się dusi krwią, jak bezgłośnie błaga o życie. Widziała jedynie jak wije się w konwulsjach przed nią. Jak coraz więcej krwi zbiera się wokół ciała mężczyzny. Suknia już dawno przestała mieć cokolwiek wspólnego z białym kolorem. Zabrudzona ziemią, krwią wyglądała jakby to ona w tej chwili była ofiarą. Choć czy tak nie było? Od roku była więziona wbrew woli, gwałcona i niszczona na każdy możliwy sposób. W tej chwili suknia odzwierciedlała idealnie to, czym była Anabelle. Co z niej zostało.
Żadne głosy do niej nie docierały. Widziała zamieszanie przed sobą, niby coś tam słyszała, ale wszystkie dźwięki wydawały się być jak zza grubej szyby i był to jedynie niezrozumiały szmer, który dosięgał jej uszu. Nawet jakby chciała, a wcale tego nie chciała, nie potrafiłaby skupić się na wypowiadanych słowach. Wydawało się to być zbyt ciężkim zdaniem.
Nie protestowała, kiedy najpewniej Alexander, podniósł się z zmieni. Uścisk był mocny, aczkolwiek nie robił jej krzywdy. Chodziło w nim bardziej o to, aby trzymać ją pewniej i nie wypuścić, gdyby jednak okazała się być zbyt słaba, aby iść. Przez łzy nie widziała wyraźnie, ale nawet na moment również nie przestała płakać. Słone łzy nadal spływały po jej policzkach. Ścigały się ze sobą, która pierwsza spłynie po jej twarzy, przez szyję, aż do dekoltu. Zupełnie jakby na mecie czekała wyjątkowo nagroda. Nie zwracała już uwagi na mijających ludzi, nie widziała ich twarzy. Wszyscy wydawali się być teraz zupełnie tacy sami. To było możliwe? Aby wszyscy wyglądali identycznie? Szepty nie ustawały, ale nadal nie potrafiła się nimi przejąć. Była zbyt pogrążona w swoich czarnych myślach, aby zastanawiać się nad innymi ludźmi. Oni nie mieli teraz żadnego znaczenia, bo to nie oni zabili. Nie oni mieli krew na rękach, nie oni musieli się mierzyć z tym wszystkim. Anabelle w tym wszystkim została całkiem sama.
Pogrążona we własnych myślach, nie zwracała uwagi na to, gdzie idą. Na dobrą sprawę nie była nawet pewna z kim idzie. Uścisk był mocny, a struktura dłoni wskazywała na to, iż to mężczyzna. Na tym jednak kończyły się jej spekulacje. Nie była teraz w stanie myśleć o tym w jaką stronę zmierza. Jeśli tylko dostanie odrobinę świeżego powietrza, gdzie nie czuć zapachu krwi, będzie dobrze.
Zaledwie po kilku minutach jej życzenie się spełniło. Wyszli na tyły budynku. Okazało się, że przed sobą mają zapierający dech w piersiach ogród. Idealnie przystrzyżone krzewy, kwiaty posadzone w równych odstępach i drzewa z pięknymi, zielonymi liśćmi, a niektóre z nich także z owocami, które tylko zachęcały do zerwania. W każdej innej sytuacji na pewno zachwycałaby się tym widokiem, acz teraz nie potrafiła docenić jego piękna. Dorwała się do pierwszej marmurowej ławki. Szybko zajęła miejsce, zaciskając dłonie na jej brzegach. Minęło ledwie kilka sekund, kiedy z jej gardła wydobył się głośny, przerażający wrzask. Krzyczała długo, do momentu, aż nie zaczęła kaszleć. To pozwoliło jej na moment się opamiętać, nieco jej ulżyło. Była jednak wciąż daleka tego, aby być chociażby w jednym procencie blisko bycia spokojną. Nigdy wcześniej nie widziała ani nie zrobiła tak paskudnych rzeczy. Bała się samej siebie. Skoro była gotowa posunąć się do morderstwa, to co jeszcze była w stanie zrobić? Jak przez mgłę pamiętała wydarzenia. Za to, aż nazbyt dobrze zapamiętała jak wbijała trzy razy ostrze noża w ciało Andrew. Ten dziwny, niezidentyfikowany dźwięk, który temu towarzyszył był trudny do opisania. Słyszała go również cały czas w głowie, rozpamiętywała swoje ruchy i niczego tak bardzo nie żałowała, jak tego, że pozwoliła samej sobie na tak paskudny, obrzydliwy czyn. Brzydziła się sobą, nieśmiertelnymi i ludźmi, którzy tu dziś bili i odczuwali radość z przebywania tu. Z zadawania bólu swoim bliskim, którzy dla nich zapewne byli w stanie poświęcić całe swoje życie. Dziś miała świetny pokaz tego jak niektórzy kochają swoich partnerów.  
To wszystko było zbyt trudne, zbyt wiele się wydarzyło, aby tak po kilku sekundach jej przeszło. Potrzebowała czasu. Dużej ilości czasu, która będzie w stanie sprawić, że o wszystkim zapomni. Podświadomie wiedziała jednak, iż jest to niemożliwe. Wiedziała z kim mieszka pod jednym dachem. Wiedziała, że nie da jej spokoju. Potrafiła sobie wyobrazić, jak jej przypomina ten wieczór, aby ją dręczyć. Jak bawi go jej reakcja, gdy ze szczegółami, och przecież zadbałby o to, aby pamiętała każdy najmniejszy szczegół! – będzie przypominała sobie tą tragedię, która rozegrała się przez nią. Anabelle potrafiła i widziała to już w swojej głowie. Ile radości przyniesie mu psychiczne dręczenie jej?
Dopiero po chwili zwróciła uwagę na to, że kiwa się w przód i tył. Może to był sposób, aby się uspokoić, a może jednak zaczynała tracić zmysły i to były początki jej szaleństwa. Szaleństwo nie wydawało się być taką złą opcją, bo być może dzięki temu przestałaby się martwić o wszystko co się dzieje. Może stałaby się obojętna. Och, to musiał być piękny stan.
Obojętność.
Obojętność musi być piękna. Ma w sobie coś z piękna i w niezrozumiały sposób taka jest. Ludzie jej nie doceniają, uważają za zbędną i nawet negatywną. Nikt nie rozumie jednak, jak bardzo jest ona w życiu potrzebna. Jak wiele może ułatwić, gdy człowiek na pewne sprawy jest obojętny. Wykorzystywana w zły sposób nie przyniesie żadnych korzyści, a jedynie sprawi więcej bólu, strat. Dla niektórych jest jednak ratunkiem przed końcem, bo gdy człowiek staje się obojętny, już nie ma znaczenia czy żyje i co się z nim stanie. I tego potrzebowała najbardziej, obojętności, dzięki której mogłaby przestać się przejmować. Nie przebaczyłaby, ale przestałaby zwracać uwagę na wyrządzone krzywdy. Może nawet ból, który odczuwała przy każdym kroku, wydechu stałby się jej w końcu obojętny. Może jakby miała w sobie na tyle sił, mogłaby stać się obojętna. Ale czy ktokolwiek może taki się stać i nie zwariować?
Kręciło się jej w głowie od natłoku myśli. Było ich zdecydowanie zbyt wiele jak na jeden raz. Na żadnej nie potrafiła się skupić dłużej niż przez kilka chwil.
Nawet nie poczuła, gdy wiatr mocniej zawiał. Zadrżała, ale nie zwróciła na to uwagi. Tak samo jak nie poczuła narzucanej na ramiona marynarki. Na chwilę osiągnęła ten stan.
Na chwilę stała się obojętna.

~*~
Siedziała w bezruchu dłuższy czas. Nikt jej nie poganiał, nikt nie pospieszał. Było to zaskakujące zjawisko, ale niezwykle potrzebne. W głowie miała jeszcze większy mętlik, zupełnie nie potrafiła sobie poradzić z tymi myślami, których było o wiele za dużo. Emocje, które w niej się tłukły były nieokiełznane. Wszystkie chciały wydostać się na powierzchnię, ale gdyby tylko na to pozwoliła, zabiłyby ją. Nie w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale poczucie winy w tej chwili było większe niż komukolwiek mogło się wydawać. Z łatwością mogłoby przygnieść młodą kobietę i zostawić z niej mokrą plamę na ławce. Już nie potrafiła udawać, że nic się nie stało. Tak było przez pierwsze kilka sekund krwawego spektaklu. Tylko w tamtej chwili czas ani czyny nie miały żadnego znaczenia. Działa pod wpływem impulsu. Dała się ponieść emocjom i słowom Andrew, co ostatecznie doprowadziło do jego śmierci. Zginął z jej ręki. To wcale nie była pocieszająca myśl, ale być może nie cierpiał tyle, ile mógł cierpieć. Nieśmiertelni byli chętni do przemocy. Chcieli ją oglądać, zadawać, a Andrew idealnie nadawał się do tego, aby zapłacić za swoje grzechy i błędy. Może tylko mu pomogła i skróciła cierpienie, które nadchodziło? Nawet nie była pewna czy mogła myśleć w ten sposób i czy powinna. Było to… straszne. Przerażające wręcz. Usprawiedliwiać swoje czyny skróceniem cierpień. To nie było w porządku, świetnie zdawała sobie z tego sprawę. Ale czy to byłoby bardzo złe, jakby to zrobiła? Czy nie dość się nacierpiała, aby chociaż ten jeden błąd uznać za tragiczne wydarzenie i spróbować znaleźć w nim jakieś pozytywy? Brzmiało to strasznie i takie było, jak można odnajdywać jakiekolwiek pozytywy, gdy zabiło się człowieka? Człowieka, który tylko chciał dobrze dla innych członków swojej rasy. Który pragnął, aby na świecie zapanował znów pokój, ale zamiast tego został ugodzony nożem i zmarł samotnie, bez najbliższych, długo przed swoim czasem. Anabelle odebrała mu życie. Życie przyjacielowi, znanej osobie, która na to przecież nie zasłużyła. Czy ktokolwiek zasługiwał na śmierć? Pytanie bez odpowiedzi, racja?
Wsłuchiwała się w bicie swojego serca. Z początku biło szybko, boleśnie i chciało uciec z jej piersi. Z czasem, gdy ona się uspokajała, uspakajało się także i ono. Powoli znów byli jednością. Odpowiednia ilość uderzeń na minutę. Pamiętała, że odpowiednia ilość u dorosłego człowieka to od sześćdziesięciu do stu. Próbowała się nawet skupić na uderzeniach, aby je policzyć, ale okazało się to być znacznie trudniejsze niż przypuszczała.
— Dziękuję.
Cichy szept, niemalże niesłyszalny, wyrwał się spomiędzy jej ust. Nie podniosła wzroku na swojego towarzysza, bo nie do końca chciała wiedzieć kto nim jest. Prawdę mówiąc zupełnie jej to nie obchodziło, choć zapewne powinno. Dobrze byłoby wiedzieć, czy powinna zachować większy dystans, być bardziej ułożona i oddana, bo jest z nią Alexander czy mogłaby jednak nieco się rozluźnić, bo przebywał z nią Erick, który nie wyglądał na tak brutalnego, jaki był naprawdę. Odpowiedzi nie dostała, a już sam głos byłby w stanie odpowiedzieć jej na nurtujące pytanie. Nie odważyła się także podnieść wzroku, bo zbyt bardzo bała się odpowiedzi.
Cisza była męcząca, ale i na swój sposób dobra. Pozwoliła się jej wyciszyć, odnaleźć spokój, którego jej tak bardzo brakowało. Aż za dobrze wiedziała, że minie dużo czasu, nim faktycznie będzie chociażby w jednym procencie dobrze. Nie chciała się bardziej zagłębiać w to czy będzie dobrze czy nie. Bała się, że znów rozsypie się na drobne kawałki i będzie tylko gorzej. Złamała zbyt wiele obietnic tego wieczoru. A to co stanie się po powrocie… tego nie chciała sobie wyobrażać. Wolała udawać, chyba że nic złego się nie stanie, albo że jakimś cudem zapomni o całym zajściu. Tylko czy to, aby na pewno było możliwe?
Tym razem głos się odezwał.
— Aż tak obawiasz się Alexandra?
Drgnęła słysząc pytanie. Czyli był z nią Erick. To nie Alexander ją wyprowadził, nie on dał jej swoją marynarkę, aby nie zmarzła. To wszystko to był Erick. Zadrżała, nie będąc już pewną czy to lepiej czy może gorzej. Nie była ślepa i widziała jak Devile reagował, gdy pobliżu zjawiał się Pierwszy. Jak musiał więc zareagować, gdy to on ją wyprowadził?
— Obawiam się w tej chwili wszystkiego — odpowiedziała. Miała zaciśnięte gardło. Odezwała się znacznie ciszej niż tego chciała. Przełykanie śliny nie pomogło, a chyba nawet przyniosło odwrotny skutek.
— Zdarza się nawet najlepszym — rzucił bez większego zainteresowania.
— Łatwo wam powiedzieć. Dla was zabijanie to codzienność. Nie zabijesz, nie przeżyjesz. My tacy nie jesteśmy. Nie zabijamy dla kaprysu, a na pewno nie wszyscy.
Wydawał się być zaintrygowany jej słowami. Nie ruszył się z miejsca, ani też nie spuścił z niej wzroku. Była teraz taka… widział w niej to, co zauważył w niej Alex. Po części zaczynał rozumieć jego obsesję na punkcie dziewczyn. Z początku wydawała mu się ona być nienormalna i być jedynie chwilową zachcianką, a gdy pojawiały się kolejne i kolejne, był pewien, że to tylko po prostu z braku zajęcia. Czy pogardziłby piękną kobietą w domu? Nigdy. Czy byłby gotów do tortur, fizycznych jak i psychicznych, gdyby wyjątkowo nie miał zajęcia? Robił gorsze rzeczy, więc tak – był gotów zrobić wszystko, co Alexander. Różnica między nimi polegała na tym, że Erick nie chciał tracić czasu na takie zabawy, a Alexander częściej bywał w domu niż załatwiał jakiekolwiek sprawy związane z interesami. A mimo to nadal jego zdanie liczyło się w tej deszczowej Anglii najbardziej, choć zupełnie sobie na ten tytuł nie zasłużył. Nie przemawiała przez niego zazdrość, co to to nie. Erick miał znacznie więcej przywilejów i zwolenników, niż Alexander. Miał władzę, doświadczenie. A tego przemocą nigdy nikt jeszcze w pełni nie zdobył. Brakowało mu pokory, nie wyciągał wniosków ze swoich błędów i doskonale wiedział, że kiedy go to zgubi.
— Nie zabijamy dla przyjemności, a na pewno nie wszyscy. To co dziś się działo, było potrzebne. Jeśli nie pokażemy wam, gdzie jest wasze miejsce, staniecie się nieobliczalni. Mamy świetne umowy, czyż nie? Krew w zamian za bezpieczeństwo? Chyba jest to odpowiednia cena?
— Oddawałam tę cholerną krew całe swoje życie i gówno mam z tej ochrony! — wrzasnęła nagle. O ile to w ogóle było możliwe, zacisnęła dłonie bardziej na ławeczce. — Co miesiąc się stawiałam w tej cholernej klinice, aby mogła mi wbijać do woli igłę w żyły, pobierała krew, a skończyłam jako zabawka dla wampira, bo moi rodzice uważali, że moje życie jest warte tylko pół miliona! Ta wasza ochrona jest gówno warta, ludzie i tak kończą jako niewolnicy nieśmiertelnych.
Nigdy jeszcze nie czuła w sobie tyle złości, co teraz. Ani nigdy wcześniej nie była tak szczera. Adrenalina zaczęła krążyć w jej żyłach i zupełnie nie przejmowała się tym, że być może właśnie zaraz straci życie. Poniosło ją, powiedziała wiele rzeczy, których mówić nie powinna i była niemalże pewna, niż dostanie zaraz w policzek. Alexander by się nie zawahał, więc czemu Erick miałby się powstrzymywać? Właśnie obraziła jego, całą jego rasę. Czyż to nie był odpowiedni powód, aby ukarać niewdzięcznicę?
— Nie da się kontrolować wszystkich, Anabelle. Nie dopuszczałbym do tych sytuacji, gdybym potrafił się rozdwoić.
— Ale wiesz o mnie, a jednak nic z tym nie zrobisz — zauważyła. Podniosła tym razem głowę. I być może spodziewał się zobaczyć w jej oczach łzy, lecz ich nie było. Była w nich za to złość wymieszana ze smutkiem. — Pozwolisz na to, aby nadal to robił, prawda? Nie cofniesz go.
— Nie mogę. Przepraszam, Anabelle. Są sprawy, które są poza moją władzą. Ale ty możesz go powstrzymać. Wierzę, że jest sposób, aby potwór, którym jest Alexander w końcu zasnął. To może być twoja szansa.
Spoglądała z niedowierzaniem na mężczyznę. Naprawdę w to wierzył? Może i nie znała Alexandra długo, ale strona, którą jej pokazał… Nie istniał bardziej brutalny, ohydniejszy człowiek ani wampir od niego. W nim nie było nawet krzty dobroci. Był przepełniony złem od palców po sam czubek głowy. Wylewało się z niego, otaczało go.
— Nie. Prędzej zginę niż on kiedykolwiek pozna co oznacza słowo dobroć.
— Zgaduję, że masz rację.
Tym razem już się nie odezwała. Nawet nie brała pod uwagę jego słów, które i tak nie miały żadnego znaczenia. Doskonale wiedziała, że to czyste kłamstwo i nie ma szans, aby mogła kiedykolwiek pokonać Alexandra. Była jego więźniem. Dopóki nie umrze nim będzie. Nie istniała szansa, aby kiedykolwiek mogła uciec i żyć. Jej życie skończyło się już dawno. Teraz tylko egzystowała i nadstawiała policzek gotowa przyjąć kolejne uderzenie. Nie było to w porządku, nie było właściwe, ale nie znała już innego życia. Nie wiedziałaby, jak funkcjonować, gdyby wyszła na wolność. Wolność – kolejne słowo, które nie miało już żadnego znaczenia i było tylko i wyłącznie pustym marzeniem. Nie istniała żadna siła, która mogłaby sprawić, że Alexander Devile stanie się dobry, a z tym szło również to, że nigdy nie pozna już smaku wolności. Czekało ją życie w niewoli i choć nie chciała, to już się z tym losem pogodziła.
Oj, oj, oj. Wiem jak bardzo nawalam z wrzucaniem rozdziałów, ale nadal jestem i nadal będę pisać. Tym razem już bez żadnych pustych obietnic, że w końcu rozdział się pojawi, bo aż za dobrze wiem jak marnie idzie mi pisanie. Noworocznym postanowieniem jest częstsze pisanie, ale jak z tymi postanowieniami jest wszyscy wiemy. Nie przedłużam, mam nadzieję, że się podobało i do następnego!^^