poniedziałek, 29 maja 2017

Rozdział dwudziesty pierwszy

Anabelle

Porozmawiać? 
O czym on chciał z nią rozmawiać? Tak po prostu po tym wszystkim co się wydarzyło teraz chciał rozmawiać? Próbowała to zrozumieć, jednak była zbyt zmęczona i zdezorientowana, aby myśleć w logiczny sposób. Nie chciała rozumieć. Przeczuwała, że nic dobrego z tego nie wyjdzie. Nigdy nie wychodziło nic dobrego z tych rozmów, więc czemu teraz miałoby być inaczej? Co takiego zrobiła, że Alexander, ten sam Alexander, który każdego dnia ją katował, miałby teraz inaczej się z nią obchodzić. Och, to oczywiste. Nie zrobiła niczego, a to na pewno była kolejna gierka z jego strony. Dawanie jej nadziei, że będzie lepiej, albo, że on się zmienił. Dla kogoś takiego nie było szans na zmianę. Anabelle nie chciała w nią wierzyć, a mimo to jak głupia łapała się każdej dobrej chwili. Nie raz była wściekła sama na siebie, że nie odsunie się od tego, tylko brnie do przodu. Zawsze boli mocniej, kiedy się okazuje, że to wszystko było tylko kłamstwem. Na pewno teraz jest tak samo. Bo dlaczego, dlaczego miałoby być inaczej? Ten dzień nie różnił się niczym od pozostałych, poza faktem, że podarował jej kilka niezbędnych rzeczy. Miał w tym swój cel. Zawsze ma. Wiedziała, że nabierała się na jego sztuczki. Za każdym razem, a było ich już kilka. Nie potrafiła jednak obojętnie obok tego wszystkiego przejść. Gdy tylko pojawiała się szansa na to, że przez krótki ułamek będzie lepiej... Po prostu się brała za to. Zaczynała momentami wierzyć, że będzie lepiej, a on się zmieni. To było śmieszne, myślenie w ten sposób. Nie miała pojęcia przez co musiał w życiu przejść mężczyzna, ani dlaczego taki był. Jednak cokolwiek się wydarzyło, o ile się wydarzyło, bo równie dobrze po prostu mógł się urodzić taki, nie miało znaczenia. Był potworem. Bezdusznym katem, który tylko czekał na moment, aby po raz kolejny uderzyć. W miejsce, gdzie najbardziej będzie boleć. A czy może być coś gorszego od fałszywej nadziei, którą się po chwili zabierze? Z całą pewnością to była świetna zabawa dla kogoś takiego jak on. A Anabelle była na tyle głupia, że w to wszystko wierzyła. I chociaż przejechała się na tym już tyle razy, to nie potrafiła się raz na dobrze od tego odsunąć. 
Ze strachem w oczach wpatrywała się w siedzącego kawałek dalej wampira. Nie poruszył się nawet o milimetr od momentu, kiedy zapaliła lampkę. Światło nie było mocne, przez co nadal był skryty w mroku. Taki właśnie był – owiany mrokiem. Towarzyszył mu od zawsze. Już przy ich pierwszym spotkaniu Anabelle wyczuwała pewnego rodzaju nieprzyjemne wibracje. Jednak dopiero po czasie do niej dotarło dlaczego. Przebywała w towarzystwie wampirów przecież dużo razy. Chociażby w banku krwi, którą oddawała przez jakiś czas regularnie. I nigdy nie czuła się tak przy nich. Może nieco niepewnie, jednak nie tak jak przy Alexandrze. Może powodem dlaczego było to, że tamte wampiry były... cywilizowane? I nie miały zamiaru rzucić się na nią z kłami, aby rozszarpać gardło przy pierwszej okazji. Albo nigdy raczej nie dały jej powodu do tego, aby się bać. Była bezpieczna, prawda? Każdego miesiąca w książeczce zapisywana była data, godzina oraz miejsca, gdzie oddawała krew. A potem podpis wampira, który ją od niej przyjmował. Była bezpieczna. Dzięki temu, że dzieliła się swoją krwią była bezpieczna. Jak widać oddawanie jej nie zapewniło jej wystarczającego bezpieczeństwa. To co robił Alexander było nielegalne, a wampiry, które łamały ustawione przez siebie prawo, w zależności od tego jak bardzo złamały przepisy, podlegały karze. I najgorszą z nich była śmierć. Raz, tylko jeden raz widziała na własne oczy jak wykonywana była egzekucja na wampirze. To wspomnienie było bardzo odległe. Tak bardzo, że równie dobrze mogła je sobie po prostu zmyślić, chociaż czy byłaby w stanie zmyślić sobie zapach oraz uczucia, które jej towarzyszyły? 
O ile dobrze pamiętała to było między dwunastym, a czternastym rokiem życia. Czyli, kiedy jeszcze wszystko było w porządku. A przynajmniej tak się jej wtedy wydawało. Wracała ze szkoły razem z dwiema koleżankami, Chloe i Margaret. To były jej przyjaciółki, bardzo się lubiły i zachodziło na to, że to będzie przyjaźń na całe życie. I pewnie taka by była, gdyby nie to, że poza szkołą nie mogła się z nimi widywać, a o wyjściach poza dom, nawet na plac zabaw, który był naprzeciwko domu!, nie było mowy. Zostały powroty i przychodzenie do domu. Aż dziwne, że i tego jej nie zabroniono. W końcu na każdym kroku czyhały krwiożercze wampiry. Szły roześmiane, wspominając lekcję wf-u, kiedy to chłopak ze starszej klasy, miał na imię Andrew, rozciągał się i koszulka nieco mu zawędrowała do góry ukazując nagi brzuch. Jako, że Andrew był chłopakiem za którym się rozglądały dziewczyny nie było nic lepszego od kawałka ciała chłopaka, prawda? Całą drogę do domu o tym przedyskutowały, a następnie każda na głos wypowiadała swoje imię z nazwiskiem chłopaka i decydowały u której najładniej to brzmi. Prawda jednak była taka, że nazwisko Campbell ładnie brzmi z każdym imieniem. Ostatecznie wygrała Margaret, jednak po cichu Ana wciąż uważała, że najlepiej wypadła ona. Andrew i Anabelle Campbell. Oboje mieli imiona na „a” i dobrze razem brzmieli, ale nie chciała psuć Margaret dobrego humoru, więc jedynie pogratulowała przyjaciółce, a następnie zatrzymały się przy budce z lodami. Było dość ciepło, aby sobie pozwolić na gałkę czy dwie. I właśnie w momencie, kiedy Anabelle zapłaciła za swoje miętowe lody z głównego placu dochodziły różne krzyki. Danesmoor nie było dużym miasteczkiem, a na pewno nie tak dużym jak Londyn. Jednak wciąż było dość spore, ale na upartego można wszędzie było dojść na piechotę. Dziewczyny zaciekawione tym co się stało, razem z lodami podeszły znacznie bliżej. Żaden dorosły ich nie zatrzymał. Żadna matka nie powstrzymała trzech ciekawskich dziewczynek. Żaden ojciec nie huknął, aby się nie zbliżały. Rodziny zabierały czym prędzej swoje dzieci, nastolatki uważające się za dorosłych przepychały się bliżej łokciami, a starsze osoby mamrocząc pod nosami odchodziły pospiesznie. Została zaledwie grupka osób, w tym trzy dziewczynki, których nie powinno tam być. Jakimś cudem udało im się przepchnąć do przodu, przy okazji brudząc ludzi lodami, ale ci zdawali się tego nie zauważyć. Widok, który zastały całkiem je poraził. Płomiennorude włosy klęczącej na ziemi dziewczyny były w nieładzie, ułożyły w dziwny, niezrozumiały sposób. Zupełnie jakby przez bardzo długi czas biegła, a kiedy przestała dodatkowo jeszcze je poczochrała. Za nią stał wysoki mężczyzna, ubrany w garnitur. Na pierwszy rzut oka było widać, że to jeden z tych z wyższej półki. Nieco przykucnął, aby złapać dziewczynę za gardło, zaciskał na nim długie, blade palce z siłą imadła, a twarz dziewczyny z każdą chwilą robiła się sina. Wampiry raczej nie mogły tak po prostu tracić tchu. Chwilę zajęło zrozumienie Anabelle, że była świeżakiem. Rozejrzała się dookoła, jakby szukając pomocy w kimś obcym. Bardzo chciała, aby ktoś ją stąd zabrał. Sama nie potrafiła się odwrócić i odejść, nie mogła też zostawić dziewczyn. Jej wzrok po chwili padł na leżącą kupkę ubrań niedaleko. Po bliższym przyjrzeniu się prawda uderzyła ją prosto w oczy – to nie były tylko ubrania. Chyba pisnęła, ale nikt, nawet ona sama, nie zwrócił na to uwagi. Każdy z niecierpliwieniem wyczekiwał na to co stanie się z rudą dziewczyną. Ludzie coś krzyczeli, przepychali się do przodu. Z powodu tylu głosów trudno było rozróżnić co kto mówił, Anabelle powoli się w tym wszystkim gubiła, a jedyne na czym się potrafiła skupić to krwawa kupka ubrań. Mała, naprawdę malutka... 
- Zabić! Zamordować! Tak jak zrobiła to z nim!
Tyle tylko była w stanie zrozumieć z krzyków, które dochodziły z każdej strony. Cała trójka dziewczynek stała tam jak sparaliżowana. Nie potrafiły się ruszyć, tylko wpatrywały w mężczyznę, dziewczynę i ubranka. Ludzie nadal krzyczeli, chociaż znacznie mniej. Dopiero, kiedy mężczyzna podniósł rękę do góry, aby ich uciszyć wszyscy naraz zamilkli. Słychać było przyspieszone oddechy, a potem nawet cichy szloch. Anabelle zrozumiała, że to musiała być matka ubranek. Chwila ciszy minęła, a ludzie po raz kolejny zaczęli krzyczeć, aby ją zabić. W tej chwili cała trójka chciała uciec, ale nie miały jak. Droga powrotna została zablokowana, a żadna z nich nie miała ochoty na to, aby przechodzić przez plac. Następnie wszystko działo się zbyt szybko, o wiele za szybko. Trzymający za gardło dziewczynę wampir, gwałtownie podniósł ją do góry. Uniósł o kilka centymetrów nad ziemię, aby dokładnie ją wszystkim pokazać, a następnie rzucił brutalnie o ziemię. Załkała cicho, kuląc się przed kolejnym ciosem, który pojawił się szybciej, niż przypuszczała. Ludziom trudno było nadążyć za tym co się działo, nie mieli tak dobrego wzroku. Pierwsza krew pojawiła się chwilę później, a całe zajście nie trwało wcale długo. Zanim chociażby zdążyła mrugnąć w sporej dłoni mężczyzny leżało serce. Ociekające krwią serce. Przez krótki moment wydawało się Anabelle, że jeszcze bije, chociaż to było przecież niemożliwe! A może? Prędzej oczy płatały jej figle, niż serce biło poza klatką piersiową! Ciało rudowłosej opadło bezwładnie na ziemię, a ludzie się ucieszyli. Zupełnie jakby każdy z nich po kolei wygrał coś cennego. I może byłby to koniec, gdyby nie to, co nastąpiło później. Brunet czystą dłonią z kieszeni wyciągnął zapalniczkę. Przez kilka krótkich sekund próbował ją zapalić, a kiedy wreszcie mu się to udało, podstawił ogień pod serce, które niemal natychmiast całe zajęło się śmiercionośnym żywiołem. Nie marnując nawet chwili rzucił je na martwe ciało kobiety. Ciało prędko całe zapłonęło. Anabelle była za mała, aby wiedzieć o tym, że krew wampirów jest łatwopalna. Ogień był ich słabością, zabijał w sekundy. Smród, który pojawił się parę sekund później był nie do zniesienia. Nie była pewna czy kiedykolwiek czuła coś równie paskudnego. Rożek upadł na ziemię, aby mogła zatkać nos i usta. Nie chciała teraz krzyczeć, ani się rozpłakać. Powinna być silna, bo tylko silni przeżywają w tym świecie. Była jednak tak przerażona, że wykonanie tak prostych rzeczy było niemal nie do wykonania. A potem jej wzrok natrafił na niebieskie oczy mordercy... Chociaż w tym przypadku może był bohaterem? Trudno było stwierdzić. Patrzyli się sobie w oczy, ona niewinna dziewczynka, która była świadkiem czegoś, czego nigdy nie powinna zobaczyć i on – pan i władca wszystkich i wszystkiego. Anabelle poczuła w tym momencie, że to nie koniec i jakby nie patrzeć miała rację. 
Momentalnie wróciła myślami do teraźniejszości. Już nie była na placu, tylko skulona na łóżku. Z uczuciem przerażenia. Oczy rozszerzone do granic możliwości, usta lekko rozchylone i serce mocno bijące w klatce piersiowej. Tak jakby zaraz miało wyskoczyć i uciec. Wiele by dała, aby tak właśnie się wydarzyło. 
- To byłeś ty – wyszeptała nie dowierzając swoim wspomnieniom. Ale dlaczego nie, prawda? Całkiem logiczne, skoro tutaj mieszkał. Miał prawo przebywać w Danesmoor. I pilnować porządku czy robić tam cokolwiek innego. Mógł być wszędzie.
- Owszem – zgodził się z nią i uśmiechnął w niepokojący sposób – ale sama wiesz najlepiej, że zasłużyła, prawda? - zapytał. Ton jego głosu był niezwykle spokojny, co jeszcze bardziej przerażało dziewczynę. Spotkali się już wcześniej, kiedy była małą dziewczynką. Małą, niewinną dziewczynką, która nie miała pojęcia o tym świecie tak naprawdę. Planował to od lat? Zabranie jej od rodziców, kiedy będzie w odpowiednim dla niego wieku? Nie, to nie mogło być to. Rodzice przecież... To wszystko było zbyt zagmatwane. Od... Sprzedali ją, bo nie mieli pieniędzy. Bo ważniejsze były dla nich papierki, niż własna córka. A w tamtym czasie mieli pieniądze. Anabelle dobrze o tym wiedziała. Gdyby było inaczej nie mieszkali w dzielnicy King's Land, prawda? Nie mieliby dużego domu z ogrodem, który mógł pomieścić jeszcze dwa mniejsze domy. Nie mieliby dwóch samochodów, nie mieliby drogich rzeczy. Musieliby mieszkać po drugiej stronie miasta. Z marnym autem, bez dobrych ubrań. A jednak tak nie było. I kiedy pojawiły się problemy, a dokładniej to, że ich dom trzeba będzie sprzedać, może nawet i sporo rzeczy, a oni sami będą musieli się przenieść w inne miejsce, zadecydowali się na najgorszy z możliwych kroków.
- Nie uważasz, że byliśmy sobie pisani? - zapytał. Anabelle zauważyła, że jego uśmiech się zmienił i teraz był całkowicie i szczerze rozbawiony tą sytuacją. Z ich dwójki tylko on się dobrze bawił, co doskonale było po nim widać. Uśmiech, w oczach błyski, których wcześniej nie było i delikatne zmarszczki w okolicach oczu. Anabelle nie podejrzewała, że kiedykolwiek zobaczyłaby go takiego normalnego. To mimo wszystko naprawdę było zaskakujące. - Pierwsze spotkanie mieliśmy tak dawno temu... To na pewno nie mógł być przypadek.
Nie wierzyła w przypadki. Ale... Czy te spojrzenie mogło coś wtedy znaczyć? Czy coś jej tamtego dnia próbował powiedzieć? Takie myślenie było zwyczajnie głupie. Co mężczyzna mógłby chcieć powiedzieć dziewczynce, która powoli wkraczała w dorosły świat, a tak naprawdę większość rzeczy była jeszcze jej całkowicie obca? Nie wiedziała co powinna mu odpowiedzieć. Miała sucho w gardle. Potrzebowała się napić, jednak nawet nie potrafiła tego powiedzieć. Za bardzo się bała. 
- Może przeniesiemy rozmowę na dół? Do salonu – zaproponował – tu jest... dość ciemno.
Ciemność mu przeszkadzała? Aż trudno było w to uwierzyć. To gdzie się znajdowali było jej kompletnie obojętne. Bez względu na miejsce ból dalej będzie taki sam. Na jego propozycję skinęła tylko głową i ostrożnie zsunęła się z łóżka. Alexander zrobił to samo i puścił ją przodem, aby pierwsza wyszła z pokoju. Każdy jej kolejny krok był bardziej, niż ostrożny. Oczekiwała, że rzuci się na nią przy pierwszej okazji, kiedy nie będzie zwracać na niego uwagi, albo zrobi coś o wiele gorszego. Po nim mogła się już tak naprawdę spodziewać wszystkiego. Niedługo później, droga nieco dłużej im zajęła ze względu na to, że poruszanie się sprawiało jej zwyczajnie ból, znaleźli się w salonie. Niepewnie usiadła na skórzanej kanapie, gdyś fotel, który za pierwszym razem tu zajmowała zajęty był przez śpiącego kocura. Żywiła nienawiść do tego łysego kota. Nic niby jej nie zrobił, a mimo to nie potrafiła wyrazić do niego sympatii. Chwilę po nich w salonie pojawiła się Betty. Dziewczyna była schludnie ubrana, milcząca jak zawsze i spełniająca każdy rozkaz Alexandra. Nalała mu do kieliszka krwi, Ana cieszyła się, że nie otworzyła sobie przed nią nadgarstka, bo tego raczej już by nie wytrzymała, a następnie zniknęła na moment. Anabelle spodziewała się, że wróci, ale zdecydowanie nie sądziła, że wróci z jedzeniem. Każdy na kilometr pewnie by wyczuł jak bardzo dziewczyna była głodna. Co też było po niej widać. Ubrania, niby w dobrym rozmiarze, ale wciąż wiszące. Wystarczyło jej dotknąć, aby poczuć żebra. Zmieniła się przez ten czas, bardzo zmieniła. Postawiła tacę z jedzeniem na stoliku i bez żadnego słowa opuściła salon. Anabelle czułaby się o wiele lepiej, gdyby dziewczyna z nią tutaj została, a nie zostawiała na łaskę Alexandra, ale na to nie mogła liczyć... 
- Smacznego – rzucił i uśmiechnął się. Upił łyk krwi, co sprawiło, że Anabelle przeszły dreszcze.
- Dlaczego?
Sama wydawała się chyba zaskoczona tym, że w ogóle zapytała go o to. Zwykle bez słowa spełniała każde jego polecenie. Również Devile wydawał się zaskoczony tym, że dziewczyna w ogóle odważyła się odezwać. I to jeszcze w taki sposób. Co prawda w tonie jej głosu nie było niczego niewłaściwego, ale nie był przyzwyczajony do tego, że ktoś mu się stawiał, a teraz... Anabelle była dla niego zagadką. Chociaż wydawało mu się, że już ją rozgryzł, złamał i sobie podporządkował to potrafiła go czymś zaskoczyć. 
- Ponieważ jesteś głodna i od długiego czasu nic nie jadłaś, prawda? A ja potrzebuję, abyś nie była... taka – skomentował mierząc ją wzrokiem. Chuda, za chuda, wystające kości i brak życia. Sam ją doprowadził do tego stanu, jednak teraz miał potrzebę, aby była taka jak wcześniej. I owszem wiedział, że zajmie to dużo czasu, bo z dnia na dzień się jej nie polepszy. Im szybciej zaczną tym lepiej dla nich. - Mam dla ciebie spróbować, żebyś uwierzyła, że tego nie zatrułem?
Jej spojrzenie z kanapek na niego musiało być wystarczającą odpowiedzą. Wampir westchnął trochę głośniej, a następnie sięgnął po jedną z kanapek. Spoglądając na dziewczynę ugryzł kawałek, dokładnie przeżuł i połknął. 
- Zadowolona? A teraz jedz – powiedział, a w zasadzie wręcz rozkazał. I nie był to jeden z tych tonów, kiedy jest zły, a bardziej jakby... Się martwił bądź troszczył o to czy cokolwiek zje. Przez jakiś czas mu się przyglądała. Zupełnie jakby czekała na to, aż zrobi coś, co znowu ją zniszczy, ale nic takiego nie miało miejsca. Chciała się oprzeć, ale nie potrafiła. Może patrzyła się na kanapki z minutę, a ostatecznie zaczęła jeść. Czuła się dziwnie, kiedy podczas jedzenia cały czas się jej przyglądał, ale nie miała zamiaru narzekać. Dobrze było po raz pierwszy od dłuższego czasu coś porządnego zjeść. Nie trzymał jej na głodzie cały czas, jednak to co dostawała trudno było nazwać jedzeniem. Ani w smaku, ani w zapachu nie było dobre. I prawdę mówiąc wolała nie wiedzieć co znajdowało się w środku. Zwyczajne kanapki, które jadała na co dzień, w porównaniu do tamtej brei były niczym niebo. Starała się nie jeść łapczywie, ale trudno było tego nie robić.
Wampir tylko przyglądał się jej ze spokojem, co jakiś czas popijając krew ze swojego kieliszka. Anabelle co jakiś czas zerkała w jego stronę, chciała wiedzieć co planuje jednak nie potrafiła niczego wyczytać z jego twarzy. Był chodzącą zagadką, potrafił świetnie maskować to o czym myślał. Zazdrościła mu tego, że nie musiał szczególnie się wysilać, aby ludzie nie domyślili się o czym myśli. 
- Skończyłaś? - zapytał po jakimś czasie, kiedy na talerzu nie było już nic, a ona kończyła ostatnią kanapkę. Skinęła tylko głową w odpowiedzi, nie potrafiąc się zebrać w sobie, aby mu odpowiedzieć. - Dobrze, skoro już skończyłaś możemy teraz porozmawiać.
- O czym?
- Aż dziwne, że jesteś taka zainteresowana. Ale to dobrze. Łatwiej będzie się z tobą porozumieć i nie trzeba będzie czekać długo na odpowiedzi – wyjaśnił. Przysunął się nieco w jej stronę. Próbowała się zmusić do tego, aby zmienić pozycję, ale nie była w stanie poruszyć się nawet na milimetr. - Wiem, że... ostatnie miesiące nie były zbyt... dobre. Mam dla ciebie pewną propozycję, którą mam nadzieję, że rozpatrzysz w pozytywny sposób.
Jakby spodziewał się tego, że mu odmówi! Oczywiście, że się zgodzi. Nawet jeśli miałoby to jej nie odpowiadać, a ona sama musiałaby się zmusić do tego, żeby to zrobić. Bała się zapytać co to za propozycja, co chce z nią zrobić i dlaczego teraz. Ale wiedziała, że nie musi zadawać żadnych pytań, zaraz i tak sam jej wszystko opowie i wyjaśni w szczegółach. 
- Chciałbym, abyś trochę czasu spędziła z moją przyjaciółką, Florence. Jest... cóż, może znajdziecie jakąś nić porozumienia.
Nawet nie oczekiwał tego, że dziewczyny się polubią. Zresztą nie obchodziło go to, chciał, aby Florence coś dla niego zrobiła i miało to związek z Anabelle. Potrzebował, aby dziewczyna wyglądała dobrze, a Florence znała się na tych wszystkich rzeczach, których on mimo wieku, nie potrafił zrozumieć. Najwyraźniej nie wszystko dało się pojąć, a nawet jeśli by umiał to kobieta lepiej kobiecie doradzi. Sama Anabelle miała wyglądać po prostu dobrze. Nie mógł się pokazywać publicznie z kimś kto wygląda byle jak, a w tym momencie dziewczyna wyglądała po prostu tragicznie. I owszem, dzięki niemu. I teraz dzięki niemu, z drobną pomocą, wróci do swojego poprzedniego wyglądu. Miał przynajmniej nadzieję, że tak właśnie będzie. Dużo czasu nie mieli, ale jeśli się czegoś bardzo chce w krótkim czasie można zdziałać cuda, prawda?
- Kim jest Florence? - zapytała cicho, spuszczając wzrok na swoje kolana. Nogi trzymała mocno razem, a między uda miała wciśnięte dłonie.
- Wampirzycą. Ale nie bój się – nikt poza mną cię nie tknie. Dopilnuję tego.
I na swój sposób, to przerażające zdanie, ją pocieszyło.
Cześć! Trochę długa przerwa, jak zwykle chyba, ale nie chciałam wrzucać byle czego. Co już pewnie nie raz podkreślałam w notkach pod rozdziałami. Wolę was trochę dłużej potrzymać w niepewności i podręczyć brakiem rozdziału, ale za to wrzucić rozdział, który mi się podoba i wiem, że nadaje się do ludzi. Nie przedłużając zostawiam was z rozdziałem, który mam nadzieję się podoba, jednak ostateczną ocenę zostawiam wam. Następny pewnie już niedługo. Zbliżają się powoli momenty, na które czekam od dłuższego czasu, a potem jeszcze kolejne i jeszcze kolejne... I ach, nie mogę się doczekać, aż je wszystkie opiszę! 
Dziękuję jak zawsze za obecność, komentarze i motywację jaką mi dajecie. A tymczasem ja nie przedłużam i do następnego rozdziału, moi mili! 

5 komentarzy:

  1. Hej, hej :D
    Kazałaś na siebie trochę poczekać, ale nie ma tego złego. Wiem jak to jest, kiedy czeka się na ten szczególny stan, zresztą pisanie pod wpływem weny jak najbardziej korzystnie wpływa na rozdział. W końcu nie ma co pisać na siłę, nie? Poza tym nie da się zaprzeczyć, że dodatkowe tygodnie na pewno podsycają apetyt na to, co będzie dalej… I co ja teoretycznie wiem, ale to jedynie sprawia, że tym bardziej czekam na ciąg dalszy ;>
    Szkoda mi Any. Pewnie będę to powtarzać jeszcze wielokrotnie, chociaż to i tak w pełni nie opisuje emocji, jakie wyzwala czytanie o sposobie w jaki traktuje ją Alexander. Ta jej niepewność – strach, który odczuwa przed niby zwykłą rozmową – wydają się dość wymowne, a przynajmniej mam takie wrażenie. Trudno, żeby czuła się inaczej, skoro do tej pory na każdym kroku spotykał ją przede wszystkim ból. Nie jestem też zaskoczona, że mimo wszystko nadal ma nadzieję, bo to jedyne, co jej pozostało. Może przebija przez to naiwność, kiedy mimo wątpliwości jednak decyduje się zaufać Alexowi, ale to wydaje się po prostu ludzkie. Zresztą człowiek to najbardziej nielogiczna istota, jaka istnieje, więc…
    Ta retrospekcja… Wiem, że pisałaś ją pod wpływem chwili i jesteś z niej zadowolona, jak najbardziej słusznie zresztą. O tak, zdecydowanie masz powody, żeby się cieszyć. Nie spodziewałam się czegoś takiego, począwszy od samego zajścia, przez jego przyczynę i to, że ostatecznie mogłoby się okazać, że spotkała się z Alexandrem już jako dziecko. Przeznaczenie? Może, a pewnie gdyby wiedziała, że kat tamtej wampirzycy okaże się jej własną zgubą… Ech, nawet sobie tego nie wyobrażam. Zresztą jak i samej sceny, bo – jak już Ci pisałam prywatnie – do samego końca nie przyjmowałam tego, co tak naprawdę się wydarzyło i czym jest ta „kupka ubranek”. Genialne… I bardzo sugestywne.
    O, Łysek <3 Dlaczego Ana go nie lubi, skoro kocina nic jej nie zrobiła? On tylko śpi, poza tym mógłby okazać się taki praktyczny… Kto nie lubi przenośnego głośnika, ja się pytam? :<
    A tak na poważnie, to zachowanie Alexandra zadziwia. Jego zmiana nastawienia… Jeszcze jakiś czas temu można by mieć nadzieję, że facet jednak się zmieni, ale teraz w naturalny sposób zaczyna się doszukiwać jakiegoś podstępu. To dobry aktor, co wielokrotnie pokazałaś, a tu aż zadziwia cierpliwością i troską. Anabelle zdecydowanie nie miała na co liczyć przez tyle miesięcy, zaś teraz… Cóż, ma cel. Teraz tylko czekać aż to się dalej rozwinie i jaką rolę odegra w tym wszystkim Florence.
    Ta końcówka… Taa, pocieszył ją, nie ma co. Ale Ana mimo wszystko mu ufa, czepiając się czegokolwiek, co mogłoby dać jej nadzieję, choćby płonną. Nie chciałabym być w jej skórze, jeśli sprawy przybiorą gorszy obrót. Ta dziewczyna jest tak wymęczona i poraniona psychicznie, że zabranie tej resztki nadziei byłoby zbrodnią ;-;
    Nie dziwię się, że jesteś zadowolona, bo rozdział wyszedł świetnie, chociaż jest… bardzo spokojny. Czekam na kolejny, chociaż zarazem się boję, bo obie wiemy dokąd to zmierza. Pozostaje mi trzymać kciuki, żeby wszystko udało się tak, jak sobie zaplanowałaś, a nawet lepiej.
    Do następnego!

    Nessa.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeczytałam wczoraj, ale stwierdziłam, że skomentuję dziś... I to był mój błąd :/ Mam kolejny poniedziałek i ciężko mi sklecić jedno porządne zdanie, ale postaram się napisać coś w miarę sensownego i zrozumiałego. ;)
    Podejrzliwość Any i bijący od niej strach przedstawiasz tak naturalnie, że aż się go czuje, ale to dobrze, bo cała historia przez to żyje, a nie jest tylko zbiorem literek.
    Wspomnienie Anabelle było ciekawe i to zarówno to, co się wtedy wydarzyło, a dla mnie przede wszystkim to, że dopiero teraz sobie o tym przypomniała. Chociaż może Alex jej w tym pomógł? A tak na marginesie, to on ciągle siedzi jej w głowie?
    Alexander wydaje się w tym rozdziale tak bardzo ludzki i... nie wierzę, że to piszę... i dobry, że jest to wręcz porażająco przerażające. Przecież on taki nie jest. Nie jest dobrym facetem. We wszystkim co robi ma swój cel i pokazujesz to na każdym kroku, który on stawia, a tu... Ehhh... Jestem skołowana. Oczywiście nie wierzę, że nastąpi tu wspaniała zmiana wampira-sadysty na troskliwego i kochającego, bo to jest po prostu niemożliwe. Ale... co on kombinuje? A dodatkowo myślenie An, momentami jest tak dziecinnie naiwne, że ręce opadają. Ona tak bardzo chce usprawiedliwić Alexa, choć jednocześnie wie, że na to co robił nie ma żadnego usprawiedliwienia.
    i jeszcze to jak on ujął ostatnie miesiące życia Anabelle... Nie były zbyt dobre... Zdecydowanie ma zaburzane postrzeganie... chyba w sumie wszystkiego.
    Podejrzewam, że Florence nie będzie zadowolona z faktu, że będzie mieć An na głowie. Chociaż kto wie? A nóż się zaprzyjaźnią? W co wątpię, ale może...
    Ale z jednym trafiłam, tak jak sam Alex potwierdził w tym rozdziale, nie da tknąć Any nikomu, poza nim oczywiście. W sumie dla samej dziewczyny może i lepiej... Tego potwora już zna...
    Weny, weny i czasu do pisania! ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie tylko Ana ma nadzieję. Ja też mam że Alexander zmienił się na lepsze choć o d r o b i n ę. Nie więcej, bo nie śmiem prosić o więcej. Czytając tamten i ten rozdział ciągle towarzyszył mi strach że nagle Alexander ją zaatakuje albo rozszarpie gardło albo znowu będzie ją torturował.
    Te emocje! ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobry wieczór!
    Kazałaś nam na siebie nieco czekać, ale nie ma tego złego - z tego co widziałam, kolejny rozdział pojawił się już trzy dni po tym. Dlatego jestem w stanie Ci to wybaczyć ;)
    Przyznam szczerze, że nie rozumiałam, po co przytaczasz tutaj tę opowieść o egzekucji rudej. Z początku wydawało mi się to tylko ot zwykłą historyjką, jakimś wspomnieniem Any z czasów, kiedy jeszcze było "dobrze". Jednak widząc zdanie: "To byłeś ty..." zbladłam. Po tym opowiadaniu nauczyłam się spodziewać niespodziewanego, jednak tym razem udało Ci się mnie zaskoczyć - i to na takiej dość oczywistej kwestii. Może i jestem romantyczką i lubię cały związany z tym szajs, ale w przeznaczenie nie wierzę. A jeśli Alex "wypatrzył" sobie Anę na swoją ofiarę jeszcze za dzieciaka... O Boże, nie. Mój umysł tego nie zniesie. Nawet po lampce wina.
    Nie wiem, co myśleć o zachowaniu Alexa. Zarówno my, jak i Ana, nauczyliśmy się już, że tego typu akcje to tzw. cisza przed burzą i chyba tego obawiam się najbardziej. Nie podoba mu się wychudzona i brudna Ana? No popatrz, to się narobiło. Powiesić takiego za przyrodzenie na suchej gałęzi to mało.
    Pani wyżej chciałaby, żeby Alex chociaż troszkę się zmienił. Szczerze? Ja już nawet w to nie wierzę. To nigdy nie miał być cukierkowy romans, dlatego nie łudzę się nagłą poprawę Alexa, jego nawróceniem się i tró lof z Aną. On zostanie sukinsynem do końca. O ile w trakcie trwania powieści nie "rozpaprze" się jeszcze bardziej... W sumie to nawet by mnie nie zdziwiło. Ten facet ewidentnie ma coś z głową. Myśli, że jak liczy sobie nie wiadomo ile lat, to może zgrywać pana świata? Zabija wampiry z zimną krwią, a sam co? Ugh. I pomyśleć, że z początku kupił mnie tą swoją kurtuazją i nieco mrocznym urokiem zimnego drania...

    Ach, lecę dalej, bo widziałam kawałek od NBHD do rozdziału <3

    Weny, kochana. Buziaki! xx

    OdpowiedzUsuń
  5. To zadziwiające, że spotkali się wcześniej, ale taki zabieg mi się podobał.
    Zastanawiam się jaki Alex ma cel w nagłym poprawianiu wyglądu Anabelle. W ogóle dziwię się, że chciało mu się wykorzystywać taką... no jak dla mnie, kobietę zupełnie nieatrakcyjną. Bo co fajnego jest w ruchaniu zapłakanych, brudnych kości.
    Mam podobnie jak ty, też często nie mogę się doczekać aż dojdę z publikacją do tych "moich ulubionych" momentów, a potem, gdy już do nich dojdę, często nie mam czasu ich napisać. Wtedy wszystko się przeciąga.

    OdpowiedzUsuń