niedziela, 13 listopada 2016

Rozdział trzynasty

Anabelle 
Evanescence - Haunted

Nie była w stanie dłużej tutaj wytrzymać. Wystarczyło zaledwie kilkanaście godzin w tym miejscu, aby miała dość życia. Moment, który spędzała z nieznajomą blondynką była jeszcze w stanie znieść. Nie wyczuwała w jej zachowaniu niczego niepokojącego. Jednak zdawała sobie sprawę, że to może być jakiś okrutny podstęp ze strony wampira. Chciał może uśpić jej czujność i potem po raz kolejny zaatakować. W momencie, kiedy się nie będzie tego spodziewać. Tak naprawdę mogła spodziewać się po nim wszystkiego, ale wolała nawet sobie nie wyobrażać co takiego miałby ochotę jej zrobić.
Zaciągnięta siłą do obszernego salonu, który już był jej znany poczuła się jeszcze bardziej upokorzona. W momencie, kiedy poczuła na sobie spojrzenie obcego wampira, jedyne na co miała ochotę to schować się przed oczami wszystkich. Pod powiekami czuła łzy, których nawet jeśli chciała nie potrafiła zatrzymać. Spływały po jej policzkach, a pokazując swoją słabość czuła, że jeszcze bardziej się upokarza. W momencie, kiedy nieśmiertelny rozkazał opaść na kolana nie myślała wiele i po prostu to zrobiła. Wolała nie mieć żadnych problemów i posłusznie wykonywać polecenia. Spokojny głos tego obcego wampira w pewien sposób uspokajał dziewczynę, aczkolwiek nie na tyle, aby przestała się trząść ze strachu i płakać. Chciała po prostu stąd uciec, każdy normalny człowiek na jej miejscu chciałby tego samego. W tej chwili nawet nie była w stanie zdać sobie sprawy z tego co może ją czekać, kiedy naprawdę ucieknie. Nie myślała trzeźwo. Przerażona tym wszystkim co wydarzyło się w ostatnich godzinach. Była tu zaledwie dwa dni i to niecałe! A tyle złych rzeczy się działo. Musiało istnieć jakiejś wyjście z tej sytuacji. Cokolwiek, aby nie spędzić tu reszty swojego życia. Jednak w końcu właśnie za to jej, pożal się Boże, rodzice zapłacili prawda? Aby spędziła swoje życie u boku nieśmiertelnego sadysty, który czerpał chorą przyjemność z zadawania bólu innym, kiedy gwałt na kobiecie go cieszył i sprawiał, że chciał więcej. To nie było normalne. Ale czy w tym świecie cokolwiek było normalne? Wampiry istniały naprawdę, mroczne stworzenia, które zostały najwyraźniej stworzone tylko po to, aby nieść spustoszenie i ranić bezbronnych w stosunku do nich ludzi. I pół wampirów. Istoty stojące o wiele szczebli niżej niż wampiry, ale wciąż wyżej niż ludzie, którzy służyli im jedynie jako przenośne worki z krwią, które również można wykorzystać do cielesnych przyjemności. Przynajmniej z jednej strony można nazwać to przyjemnością. 
To co działo się teraz było nie do opisania, a Anabelle jedyne o czym marzyła to wyrwać się stąd jak najprędzej, uciec i nigdy więcej nie wracać. Zdawała sobie jednak sprawę z tego, że to jest nie możliwe. Ucieczka przed kimś takim... Im się nie dało uciec. Żaden człowiek nie był na tyle silny, aby uciec wampirowi. Istocie o wiele potężniejszej. Od tej, która potrafiła jednym ruchem zabić. 
Tak naprawdę nie była pewna ile przebiegła. Wydawało się jej, że co najmniej kilka kilometrów, co w rzeczywistości nie było prawdą. Była może niecały kilometr od rezydencji Devile'a. Pokonywanie kolejnych metrów przychodziło jej z trudnością, nogi zaczęły odmawiać jej posłuszeństwa, a do tego mroźny deszcz. Wiedziała, że nie może się zatrzymywać. Nie teraz, kiedy udało się jej uciec i była bliżej ucieczki niż dalej. Nie dam rady, jęknęła w myślach. Oczywiście, że nie da. Była na skraju wyczerpania. Dopadła do najbliższego drzewa. Objęła je jakby obejmowała drugiego człowieka, policzek przycisnęła do mokrej kory i podtrzymała się na nim próbując złapać dech. Stojąc w miejscu było jej jeszcze zimniej niż kiedy biegła, ale potrzebowała tych paru minut na to, żeby odetchnąć. Nigdy nie sądziła, że znajdzie się w takiej sytuacji jak ta. Była przerażona i kompletnie nie wiedziała gdzie ma się po tym wszystkim podziać. Wrócić do domu? Przecież jej rodzice od razu ją wydadzą Alexandrowi. Jak tylko pojawiłaby się przed drzwiami z całą pewnością matka chwyciłaby za telefon i dała mu znać, gdzie jest, a potem ją przetrzymała dla niego. Ba, może nawet zechciałaby, żeby jej dodatkowo zapłacił za to, że ją „znalazła”. Cholerni materialiści. To wszystko przez nich, bo nie potrafili się pogodzić z tym, że nie będą wciąż na najwyżej półce. Ale teraz się nie musieli o to martwić, w końcu dostali swoje upragnione pieniądze i z całą pewnością żyli w luksusie. Mieli ciepłe łóżko, ten sam dom i jedzenie, coś o czym ona nawet nie mogła pomyśleć. Przecież tutaj tego nie dostanie, nawet jeśli by prosiła. 
Wrzasnęła, kiedy na niebie pojawiła się błyskawica, a odgłosy spadającego deszczu przerwał głośny grzmot. Z każdą kolejną minutą zaczynała się bać coraz bardziej. W lesie było ciemno, a ona nic nie widziała. Cholera, dlaczego akurat dziś musiało tak padać! Bez tego deszczu byłoby o wiele łatwiej. Puściła jedną rękę i objęła się za brzuch nachylając nieco w dół. Mokre włosy lepiły się jej do twarzy, pleców, ramion i szyi. Cała się trzęsła z zimna i jedyne czego teraz chciała to znaleźć się jak najdalej stąd w jakimś ciepłym miejscu. Zadrżała, kiedy ponownie błysnęło na niebie. Zwykłe rzeczy, które dawniej nie robiły na niej wrażenia teraz ją przerażały. 
- Musisz się ruszyć – szepnęła do siebie. Czuła, że jeśli będzie mówić do siebie to poczuje się lepiej. To w jakiś sposób będzie się motywować do dalszego działania. Przygryzła mocno wargę i zacisnęła powieki. Zupełnie jakby to miało jej w jakiś sposób pomóc. - Chyba, że wolisz umrzeć... Wtedy sobie tu siedź – warknęła. I to zadziałało. Pomogło jej na tyle, aby się ruszyła do przodu. Odsunęła się od drzewa, zachwiała na nogach, ale niemal od razu znowu zaczęła biec.
Pod stopami czuła mokre liście, zmiękczone przez deszcz gałązki i różne inne skarby należące do lasu. Mokre od deszczu liście były śliskie przez co trudniej było jej utrzymać równowagę podczas biegu. Jak tylko czuła, że zaraz się może przewrócić łapała się najbliższego drzewa. Miała coraz mniej siły i jedyne co chciała to usiąść pod jakimś drzewem i zaczekać na to co będzie. 
Poczekać na śmierć. 
Przez długi czas walczyła z tym, aby faktycznie to zrobić. Może nie byłoby to takie złe rozwiązanie. Cała trzęsła się z zimna, od jej ucieczki minęła przynajmniej godzina. Gdyby teraz siadła, położyła się może ona nadeszłaby szybko. Och, jak ona na to liczyła! Z drugiej strony jednak wiedziała, że nie może sobie na to pozwolić. Chciała być wolna. Chciała żyć, a to się nie stanie jeśli postanowi się położyć na ziemi i czekać na to, aż coś się jej stanie. Nie o to chodziło przecież w jej ucieczce, prawda? Cudem uciekła tylko po to, aby teraz umrzeć w środku lasu? Taka perspektywa jej nie odpowiadała, chociaż była oczywiście o wiele lepsza niż to co działo się w rezydencji. Musiała uciekać. Jak najdalej. 

Nie poddasz się. Nie teraz, kiedy jesteś tak blisko. Prawdę mówiąc nie miała pojęcia czy jest blisko, ale przynajmniej nie była tam. A to już było coś, prawda...? 

Im dalej biegła tym bardziej zapuszczała się w głąb lasu. Drzewa były coraz bliżej siebie, pojawiło się więcej krzaków z ostrymi kolcami i gałązkami, które kiedy Anabelle przez nie przebiegała raniły jej delikatną skórę. Niektóre wbijały się mocno w jej ciało i pozostawały wbite. Wyglądały jak kolce od róży, z tą różnicą, że były nieco większe. Nie zatrzymała się po to, aby je wyciągnąć. To nie miało sensu skoro przed nią było jeszcze więcej krzaków. Miała wrażenie, że wszystko jest teraz nastawione przeciwko niej. Prawdopodobnie to było tylko jej wyobrażenie, bo kto na miejscu nagiej, przerażonej i obolałej dziewczyny nie sądziłby, że cały świat zwrócił się przeciwko niemu? Nie zrobiła niczego złego, aby zasłużyć na takie traktowanie. Może nie była idealna, ale w tym świecie nie było takich osób. Nie zrobiła też nigdy niczego złego, ale przecież nie zostałaby ukarana w taki sposób za to, że będąc małą dziewczynką wykłócała się o zabawki w przedszkolu z innymi dziećmi! To wszystko to było za dużo, o wiele za dużo. 
Uciekała dalej. Nie patrzyła już na to, gdzie stawia stopy. Jedyne co się teraz liczyło to to, aby uciec stąd jak najdalej. Przemieścić się w inne miejsce. Być tam, gdzie będzie bezpieczna. Gdziekolwiek. Musiało na pewno istnieć miejsce, gdzie byłaby w miarę bezpieczna. Coś takiego na pewno istniało. 
W pewnym momencie jej noga zaczepiła się o wystający korzeń z ziemi. Poleciała do przodu prosto w kałużę błota. Zmieszana z deszczową wodą ziemia wpadła do ust brunetki, co spowodowało, że niemal od razu zaczęła ją wypluć z ust. Między zębami wciąż czuła ziemię oraz nieprzyjemny smak. Powoli podniosła się z ziemi. Wszystko bolało ją coraz bardziej, nogi zaczynały odmawiać posłuszeństwa i zaczynała się zastanawiać czy nie byłoby lepiej, gdyby faktycznie po prostu usiadła pod tym drzewem i zaczekała na upragnioną śmierć, która przecież i tak by przyszła. Zwłaszcza w takim miejscu jak to – na pewno były tu jakieś zwierzęta, coś co zainteresowałoby się bezbronną istotą. Może to wcale nie taki zły pomysł. Trzymając się drzewa rozważała to, aby pod nim usiąść i zaczekać co przyniesie czas. Och, jaka ta propozycja była kusząca, ale wiedziała, że nie może tego zrobić. Musi po prostu zacisnąć zęby i iść dalej. Przemęczyć się przez to co dzieje się teraz, bo potem, potem będzie już tylko lepiej. 
A przynajmniej tak sobie będzie wmawiać do czasu, aż nie znajdzie się jak najdalej stąd. 
Nie była pewna ile czasu straciła stojąc przy tym drzewie i rozmyślając. Ruszyła po raz kolejny przed siebie. Tym razem biegła znacznie ostrożniej, patrzyła gdzie stawia nogi. I przez to miała wrażenie, że znacznie zwolniła. Prawdopodobnie tak było skoro zamiast uciekać tak jak wcześniej teraz uważała na każdy swój krok. Gorzej z nią już i tak być nie mogło. 
I jak na zawołanie sprawy potoczyły się jeszcze gorzej, kiedy usłyszała za sobą głośne warczenie. 

Peter 

Zimna szklanka w dłoni, która była wypełniona whisky z lodem tym razem nie sprawiła, że poczuł się chociaż trochę lepiej. 
Zwykle, kiedy nie czuł się na siłach i potrzebował odrobiny relaksu chował się w swoim gabinecie z butelką ulubionego alkoholu. Tym razem jednak to nie pomagało, a Casella wiedział dokładnie jaki jest powód jego... Niepokoju. Jasne, w pewien sposób niby się cieszył z tych pieniędzy, które dzielił razem z żoną. Dziwniejsze było to, że niemal tego samego dnia po tym jak jego mała córeczka opuściła dom jego konto zostało zasilone podobną kwotą. Nie zadawał żadnych pytań, bo doskonale wiedział, że są one zbędne, a i tak nie otrzymałby żadnej odpowiedzi. Mógł się jedynie zastanawiać nad tym co takiego tam się wydarzyło, że dostał prawie kolejne pół miliona. To mu nie dawało spokoju. Wiele scenariuszy już wymyślił, ale żaden mu nie pasował. Czy to oznaczało, że jego córka nie żyje? To było niedorzeczne, przecież nie zapłaciłby mu tyle pieniędzy za to, aby po prostu ją zabić. To było bez sensu, tak bardzo bez sensu. Przycisnął szklankę do swoich ust i niemal za jednym razem wypił wszystko co się w niej znajdowało. Alkohol palił mu gardło, ale nie zwracał na to teraz najmniejszej uwagi. Jego myśli krążyły wokół Anabelle. Jak mógł do tego dopuścić? To wszystko nie miało żadnego sensu. Powinien się postawić, kiedy miał do tego okazję i mógł wszystko odkręcić. Na tej pieprzonej kolacji było już za późno, kiedy zrozumiał jaki błąd popełnił sprzedając swoje dziecko. To brzmiało okropnie w myślach, a wypowiedziane na głos... No tak, nie dało się tego wypowiedzieć na głos. Odstawił szklankę na biurko i sięgnął po butelkę znowu ją zapełniając po sam wierzch. Potrzebował tego, oderwać się ord rzeczywistości. Zapomnieć o wszystkim. 
Nie był pewny ile czasu siedział samemu w biurze pijąc alkohol. Butelka była prawie pusta, kiedy do środka wpadła Martha ubrana w długie, sięgające kolan futro. Miało ono czarne, szare i białe kolory. Mężczyzna zmarszczył czoło doskonale wiedząc, że jest to kolejna zachcianka żony, którą postanowiła spełnić. Mogła sobie teraz na to pozwolić. Jej garderoba w ostatnim czasie powiększyła się o kilka nowych rzeczy. Zmarszczył czoło, kiedy podeszła bliżej. Nie była zadowolona z tego w jakim stanie go znajduje, ale nawet nie skomentowała tego słowem. I dobrze, nie zmieniłby zdania. 
- Dotknij – poleciła zatrzymując się przed biurkiem. Podniosła futro do góry i położyła je na wolnym miejscu, gdzie nie było żadnych papierów, ani śladów po alkoholu, który tu w ostatnim czasie przelewał się zbyt często. 
- Co to? - zapytał. Wyciągnął dłoń i zatopił palce w ciepłym i miękkim futerku. Aż mu szkoda było tych zwierzątek, które straciły życie po to, aby zadowolić tą kobietę. Podniósł wzrok na swoją żonę, a jej twarz rozświetlał szeroki, pełen zadowolenia uśmiech. Znał doskonale ten wyraz twarzy. Od momentu, kiedy dostała pieniądze w ręce nie schodził jej z twarzy. 
- Szynszyle – odparła dumnie, gładząc dłonią po futrze. Wyobrażał sobie jak musiała wyglądać w sklepie, kiedy je kupowała. Zadowolona, że udało się jej dostać tak cenny towar. - Kosztowało trzydzieści tysięcy, ale było warte każdego funta. 
- I te dwieście żyć też było warte tego, żebyś chodziła zadowolona? - wycedził. Byli małżeństwem długo, a on niestety miał już okazję kupować żonie takie rzeczy. Wiedział ile to kosztuje, ile żyć idzie na to, aby zadowolić jedną kobietę. 
- Strasznie wrażliwy się zrobiłeś w ostatnim czasie – zauważyła. Ściągnęła z siebie futro i przewiesiła je przez fotel stojący obok biurka, który wcześniej odsunęła, żeby pokazać mężowi nowy nabytek. - Zauważ, że to nie ja wydałam prawie połowę tego co dostaliśmy na kokosową brandy. Co prawda jedyny plus z tym twoim alkoholem jest taki, że zagwarantuje on nam małe wakacje, ale to wszystko – dodała i wzruszyła ramionami. 
Pieniądze, które powinni przeznaczyć na rozkręcenie jakiegoś nowego biznesu wydawali na własne przyjemności, ale do tej pory nie mogli sobie pozwolić na takie luksusy. Wszystko się zmieniło w momencie, kiedy dostali pieniądze. Uregulowali wszystkie zaległości i wciąż zostało im mnóstwo pieniędzy, rozdzielili je między sobą i każdy mógł z nimi robić co chce, a teraz kiedy dostali ponownie pieniądze nie musieli się martwić, że im ich zabraknie. Co prawda z tego co dostali zostało jeszcze całkiem sporo, ale rozchodziły się one jak świeże bułeczki, a te zakupy to dopiero był początek. Jeszcze wiele rzeczy było przed nimi, żeby kupić. A raczej przed Marthą, która doskonale wiedziała co z nimi zrobi. 
- Rozwesel się. Dobrze się stało, Petrze. Doskonale o tym wiesz – używała tego samego tonu, kiedy coś jej nie pasowało i ludzie mieli robić to co rozkazała. A on nigdy nie potrafił się jej przeciwstawić. W pewnym momencie po prostu w tym małżeństwie zamienili się rolami. To ona wydawała rozkazy, zarządzała wszystkim, a on tylko posłusznie robił to co mu kazano. Nie zwrócił uwagi w którym momencie sięgnęła po jego szklankę i upiła niewielki łyk whisky. Nie przepadała za tym alkoholem. Ona wolała wino czy inne równie kobiece alkohole. - I nie chcę, żebyś więcej nad tym myślał, rozumiesz? Zawsze byliśmy tylko we dwoje. Zawsze. 
Popatrzyła mu się prosto w oczy oczekując tego, że się z nią zgodzi. Przez pierwsze pięć sekund miała wrażenie, że tego nie otrzyma. W dziesiątej zacisnęła dłoń w pięść, a w piętnastej usłyszała to co chciała. 
- Oczywiście, Martho – przytaknął i odebrał jej alkohol zanurzając w nim po raz kolejny usta.
Dobry wieczór. Trochę późno przychodzę z rozdziałem, ale wcześniej nie mogłam się za niego w żaden sposób zabrać. Chciałam wam przedstawić najlepiej według mnie napisany rozdział trzynasty i wydaje mi się, że tak właśnie jest. Trochę pozmieniałam całą koncepcję tego rozdziału, pierwotnie w ogóle miało nie być scen z rodzicami Anabelle. W momencie jak o tym pomyślałam uznałam, że dobrze będzie pokazać co tam się u nich dzieje po otrzymaniu ładnej sumki od Alexandra.
Jeśli coś pomieszałam z informacjami o futrze - uwierzcie mi szukanie informacji o tym było dla mnie katorgą - dajcie znać. Google podpowiadało mi tak, więc w ten też sposób napisałam. Również to o kokosowej brandy zaczerpnęłam z internetu. Tym razem pomocny okazał się być magazyn Forbes. 
Mam nadzieję, że rozdział się spodobał i was nie zawiodłam. Następny postaram się dodać znacznie szybciej, aczkolwiek niczego nie obiecuję. No to chyba tyle i do następnego!

6 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Hej ^^
      Rozdział… Cóż, wbrew wszystkiemu jest łagodny. Skłamałabym, gdybym w porównaniu z ostatnimi wydarzeniami określiła go inaczej, chociaż to nie zmienia faktu, że przy końcówce miałam zaszklone oczy i silne pragnienie przyłożenia pewnej kobiecie. Nie po raz pierwszy zresztą, ale… No cóż, po kolei, prawda?
      Ucieczka Any ma w sobie coś dramatycznego. Dlatego nie raz pisałam rozdziały bez dialogów albo z pojedynczymi wypowiedziami – bo czasami nie potrzeba żadnych słów, które padną w trakcie, żeby stworzyć coś dynamicznego. Tutaj mamy ją, jej strach i myśli, które czasami przerażają, chociaż dziewczyna wciąż chwyta się resztek nadziei. Mam wrażenie, że oszukuje samą siebie, powtarzając sobie, że musi uciekać – i że da radę. Może to okrutne, ale oczywiste, że niczego nie zdziała. Alex mógłby zwlekać do woli, a i tak prędzej czy później zdołałby ją odnaleźć. Bieg, który dla niej trwa wieczność, to dla niego kwestia minut i to nawet w dreszczu, który może i osłabia jej zapach, ale to żadna przeszkoda dla wprawionego łowcy. A on jej nie porzuci, bo to jego własność – zabawka za którą wydał grube pieniądze, by móc spełnić kolejną swoją zachciankę.
      Mimo wszystko ta scena mi się podobała i to bardzo. Widziałam Anę niemalże przed oczami: naga, przerażona i raz po raz potykająca się na nierównościach terenu. Ucieka, chociaż z równym powodzeniem mogłaby stać w miejscu… I rozważa to, kilkukrotnie kuszona pragnieniem, żeby jednak się poddać, usiąść i odpocząć, czekając na śmierć. Co się dziwić, że nawet ta teraz wydaje jej się prawdziwym wybawieniem? To coś, czego nigdy w pełni nie zrozumiem i, cholera, nie chcę zrozumieć.
      Druga perspektywa… Och, Peter żałuje. I to jest przerażające, co zrobiło się z niego przy żonie. Ucieka w alkohol, ale to ten sam rodzaj odcięcia się od sytuacji, co w przypadku biegu Any – prowadzi donikąd, bo pewnie rzeczy już się wydarzyły. Oboje do tego stopnia bezbronni… I tak, na swój sposób mi go szkoda, chociaż popełnił zbyt wiele błędów, żeby to było wybaczalne. Nie tak zachowuje się rodzic, który kocha swoje dziecko; nic go nie usprawiedliwia, bo jednak pozwolił ją zabrać, a to nie powinno mieć miejsca. Powinien był trzasnąć Marthę w twarz, kiedy tyko zaproponowała ten interes, a potem wywalić ją z domu, by chronić dziecko. Gdybanie teraz, jednocześnie pozostając biernym, to coś niewybaczalnego.
      Nie zmienia to jednak faktu, że właśnie ona przechodzi samą siebie. To, jak lubuje się w pieniądzach… Futro. Tyle pieniędzy przepuszczone na zachciankę. Gdyby żyli na skraju nędzy i zrobili to, co zrobili… Nie, wciąż bym nie rozumiała. Ale może próbowałabym znaleźć usprawiedliwienie, jednak tutaj… To nigdy nie było tego warte.
      Ostatnie słowa to trochę jak policzek – to, że od zawsze byli we dwójkę… To nie jest matka, nawet nie człowiek, ale potwór gorszy nawet od Alexandra. Ktoś do tego stopnia zapatrzony w pieniądze zasłużył na coś o wiele gorszego niż śmierć. I cholera, ja tylko czekam aż karma wróci i jakąś tę kurwę (wybacz ;-;) ukarzesz, bo nawet świat nie jest aż tak okrutny, by żyła sobie jak ten pączek w maśle.
      A Petera razem z nią – za zgodę, która w moich oczach przekreśla go całkowicie. I to bez względu na jego charakter.
      W skrócie: rozdział znakomity, a Ty znowu jedziesz po emocjach. Wierz mi, że możesz być z tego dumna, bo z technicznego punktu widzenia masz powody.
      Weny, kochana. Ja wciąż czekam, chociaż przy tej historii euforia bywa zgubna…

      Nessa.

      Usuń
  2. Oj długo kazałaś na siebie czekać!
    Rozdział niezwykle emocjonujący szczególnie pod względem historii Anabelle i jej ucieczki.
    Musiała być naprawdę zdeterminowana bo przecież ta ucieczka będzie ją drogo kosztować.
    Jeśli ją złapie nie odpuści tak łatwo i aż się boje myśleć co zrobi.
    Twoje opowiadanie nie jest zwykłym romansem jak z początku myślałam... to dramat grający na uczuciach nie tylko bohaterów ale i czytelników.
    Wspaniale podkreślasz wszystkie jego detale.
    Jestem miłośniczką tej historii od samego początku i zdania nie zmienię.
    Jesteś i będziesz moim ideałem.
    Co do Petera mimo wszystko mam mieszane uczucia.
    Nie jest az taki zły,ale zarazem Martha ma na niego duży wpływ.
    Owszem kocha ją ale czy to na pewno miłość? A może wielka obsesja?
    Mam mętlik w głowie.
    Oczywiście czekam, czekam na ciąg dalszy!
    Czyta się tak szybko że nie wiadomo kiedy następuje koniec.

    OdpowiedzUsuń
  3. Hej!
    Nie dziwie się Anabelle, że chce uciec. Sama bym chciała na jej miejscu. I to jak najdalej. Chyba nawet wolałabym stracić życie niż... przeżywać to wszystko. Śmierć w takim przypadku naprawdę wydaje się być wybawieniem. A przynajmniej ja to tak postrzegam. Ana wykorzystała sytuację, chociaż wszyscy wiedzą, że gdy tylko Devile złapie ją w swoje szpony, będzie źle. Wiem jak wielkie to jest niedopowiedzenie i po raz kolejny powtórzę, że szkoda mi dziewczyny. Ale podziwiam ją, że pomimo wszystkiego znalazła w sobie siły i uciekała, jeszcze się motywowała. Chęć życia może być naprawdę silna, prawda?
    Podoba mi się ten fragment z perspektywy dziewczyny. Dałaś dużo opisów, cudnych zresztą. Chciałabym żeby uciekła, naprawdę. Ale wiem, że tak nie będzie. On ją znajdzie i... wolę nie myśleć co dalej.

    Ojej! Tatuś ma wyrzuty sumienia! Jak mi przykro! I aż musi zatopić smutki w alkoholu? Niech się zapije na śmierć. Że tak powiem - na zdrowie.
    Martha... dwieście żyć małych szynszyli. W ogóle... chociaż robi coś innego niż Devile, jest tak samo zła jak ona. Albo i gorsza. Już nie chodzi o szynszyle. Ale sprzedała córkę i w dupie ma jej los. Ważne, że nowe ciuszki może sobie kupić. Wiesz co? Liczę na Ciebie, że ta dwójka marnie skończy. Możesz mi to zapewnić? Po prostu... Nie da się ich nazwać rodzicami.
    Ojca Any nic nie usprawiedliwi. Wyrzuty sumienia też nie stawiają go w lepszym świetle. Już sam pomysł, że może ją sprzedać jest okrutny a dopiero co ten pomysł zrealizować. Do tego jest pierdoloną (wybacz) cipą i nawet żonie postawić się nie umie. Aż ciśnienie mi rośnie jak myślę o tych ludziach.

    Wymyśliłaś naprawdę ciekawą historię i naprawdę postaram się tutaj zostać do samego końca pomimo drastycznych rozdziałów. Ciężko się czytało ten, gdzie opisywałaś co Alex robi z Aną. Ale mi na przykład lepiej się pisze takie sytuacje. Nawet lubię je pisać. Gorzej z czytaniem historii, którą tworzy ktoś inny. Nie ważne. Nie wiem czy na blogspocie coś takiego drugiego istnieje. Nigdy się z czymś takim nie spotkałam. Zaczęłaś pisać coś innego, coś co mam nadzieję będzie tak, jak sobie tego upragnęłaś.

    Ściskam,
    Mrs.Cross!

    OdpowiedzUsuń
  4. A niech sobie Haunted leci, a co. Dobrą muzyką nigdy nie pogardzę.
    A tak btw spis treści wymaga odświeżenia :) Taka tylko drobna uwaga zanim o rozdziale, który... Znów pojechałaś po moich emocjach, kochaneczko! Tak się nie robi, nie-e!
    Przemarznięta, przemoczona. Samotna. A do tego dogłębnie zraniona, brutalnie pozbawiona... właściwie wszystkiego. Na myśl, że to jej rodzice wepchnęli ją w takie, hm, bagno, robi mi się niedobrze. Nikt nie jest idealny, w każdej rodzinie zdarzają się problemy. Zazwyczaj finansowe. Ale jakim trzeba być (nie, Klaudia, nie będziesz wszystkich nazywać skurwielami, pohamuj emocje) potworami, żeby sprzedać własne dziecko? No nie. Nie kupowałam tego wtedy, nie upuję teraz. A Peter niech się, za przeproszeniem, pierdoli. Wyrzuty sumienia, akurat. Niech sobie je wsadzi... No, właśnie.
    A zachowania matki nawet nie skomentuje. Jest późno, ja nie mogę się denerwować, odgórne zalecenie a nie tylko błaha zachcianka. Ale jakby tak wepchnęła jej te szynszyle... UGH!
    Dalej widziałam, że dzieje się więcej, więc lecę. Nie ma to czy tamto, trzeba wyrównać rachunki do końca roku :p

    Ponownie ściskam, ale nie ma tego złego... ;)
    Klaudia

    OdpowiedzUsuń
  5. Zastanawiam się czy ta jej ucieczka nie skończy się tragiczniej niż mogłoby wyglądać jej życie u boku tego potworka, któremu sprzedali ją jej rodzice.
    Natomiast jeśli chodzi o samych rodziców, to zaczynam dostrzegać, że odrobinę ich karykaturujesz. Brak mi w nich takiej realności. Faktycznie, zdarzają się w życiu okropni rodzice, pełni wad, patrzący tylko na siebie, materialiści, ale ty pokazujesz rodziców Anabelle z samymi wadami - głupi, nierozsądni, a przecież kiedyś byli właścicielami jakiegoś interesu, który nieźle prosperował. Jeśli tak było i nawet jeśli splajtowali, to coś jeszcze powinno w nich zostać z tych inwestorów, rekinów biznesu, itd. Teraz robisz z nich po prostu nierozsądnych, kapryśnych frajerów, a przecież to nie nastolatkowie co chcą jedynie spełniać swoje kaprysy. Oni sprzedali córkę chyba po to, by stanąć na nogi i znowu stać się kimś. Nie staną się kimś trwoniąc wszystko, myślę, że o tym wiedzą, że nie powinni na to pozwolić.
    Tak więc manewr jaki wykonałaś z rodzicami - wprowadzenie ich ponownie do opowiadania - mi się podoba. Uważam, że mogłoby to dodać całości smaczku, a opowiadaniu wielowątkowości. Jednak już to co z nich uczyniłaś, moim zdaniem, niekoniecznie jest na plus.

    OdpowiedzUsuń